xx1324xx. kwint-esencja.

16:14

Do głębokich przemyśleń doprowadziły mnie dzisiejsze słowa pani P. przy świadectwach. Nazywanie mnie silną kobietą [ba, określenie mnie, jako najsilniejszej osoby, jaką się zna] brzmi jak oksymoron. Znaczy się, oczywiście, że chciałabym, jednak, jak zwykłam powtarzać, chęci, a rzeczywistość to dwie zupełnie inne rzeczy. Mogę powiedzieć, iż częściowo może i tak, albowiem, no cóż, krótko mówiąc, jestem wspaniała. Nie mówię tego z pychy/próżności/megalomanii czy też innego, równie egoistycznego powodu, ale naprawdę, jestem jednym z lepszych organizatorów, planistów, liderów itp., jakich dane było wam poznać.
Jestem genialna, jeśli chodzi o „życie zawodowe”, ale oprócz tego mam życie prywatne. Staram się jak najbardziej rozdzielić te dwie sfery. W szkole nie ma uczuć, przynajmniej z założenia nie powinny występować, to jest sacrum, gdzie mam zamiar świecić tak, jak tylko najjaśniej potrafię. Nie ma miejsca na słabości, bo są obowiązki. W tym roku pogubiłam się, toteż wyszło jak wyszło, efektem poddania się zgubnemu wpływowi emocji jest brak paska na świadectwie. Nie powinnam. Nigdy więcej.
Moje życie prywatne jest szaleństwem, burdelem na kółkach, cyrkiem i chaosem. Tak, tyle w temacie. Ale to jest mój cyrk i moje małpy. Nie potrzebuję ingerencji świata w moją piękną, chorą sferę wewnętrzna. Nie znoszę ludzi, którzy na siłę próbują się do mnie dobić, niby dotrzeć; naprawić. Naprawić? Ale co tu jest do naprawiania? Czy jestem zepsutą lampą albo krzesłem, do którego trzeba podejść z narzędziami i wszystko jest już w porządku. Jestem żywym tworem, w którym nie można po prostu grzebać kawałkiem metalu i na oślep dźgać gdzie popadnie, w nadziei, że to te „zepsute” miejsce.
Czasem rozsierdza mnie pragnienie bycia bezmyślną masą. Chciałabym nie mieć takiego „bogatego życia wewnętrznego”, interesować się kto z kim, gdzie, jak; kiedy kolejna impreza, dlaczego tamta przyszła w tamtej sukience, kiedy wiadomo, że to jest takie passe, o przepraszam, nie tak wyrafinowanie, że to ma za mało swagu; swag, swag, yolo, fak it, szit happens. Dobrze, owszem, używam „slangu”, nowomowy, zapożyczeń z angielszczyzny, ale na Pana Profesora B, ogólnie posługuję się w miarę poprawną polszczyzną. W każdym razie to boli. Fizyczne cierpienie spowodowane wszechobecnym spłyceniem egzystencji ludzkiej. Trzeba było nie myśleć, nie mieć własnej opinii, ani przekonań – wtedy życie byłoby łatwe. Podporządkować się tym „na górze”. Ale cóż, wraz z bliższymi kontaktami z K, a także omówieniem, wprawdzie pobieżnie, ale jednak ideałów renesansowego humanizmu, zrozumiałam, że jestem duszą dążącą do spełnienia i wolności. Jednak nie takiej, którą wmawiają sobie ludzie, którzy robią wszystko pod dyktando państwa, prawa [czego nie potępiam, ale…], drugiego człowieka, szefa, z obawy przed tym „co, kto powie” i krzyczą „jestem wolnym człowiekiem!”. Dla mnie wolnością jest możliwość mówienia jasno i otwarcie, bez konieczności zatajania faktów, by uniknąć szykan; szaleńczy taniec boso w deszczu, bo tak, tego chcę, nikogo tym nie ranię, więc czemu mam się wstydzić tego, że pragnę czuć deszcz na swojej skórze, że pozwala mi to się uspokoić i wyciszyć; prowadzenie nocnego trybu życia – kogo krzywdę idąc spać o 4 czy tam 5, kiedy po prostu wolę funkcjonować w nocy? Nie jestem anarchistką, ale nie będę też marionetką zarządzaną przez ludzi, którzy się najwidoczniej do tego nie nadają.

Żyję w swojej galaktyce, gorzej kiedy mi coś z nią koliduje.

You Might Also Like

0 komentarze