xx1448xx. ku pamięci.

02:29

https://fbcdn-sphotos-b-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xap1/t31.0-8/s960x960/10495855_1442717142679174_9078446317026637881_o.jpg 
Zazie jako kobieta, która najpiękniej na świecie odpowiada na pytania, które i mnie dręczą, w sposób jak zwykle inteligentny, cięty i okraszony dozą delikatnego turpizmu. Cytuję duży fragment, ale to jedne z najważniejszych słów jakie ostatnio przeczytałam.
"ej, po co ja właściwie piszę bloga? mówiąc szczerze – nie ma głupszego pytania.
odpowiedź jest jedna, niezmienna i zawsze brzmi: po nic.
piszę po nic. piszę sobie. a muzom. a wirtualowi.
piszę, bo lubię. bo chcę. bo mam potrzebę.
dlaczego w internecie, a nie do szuflady? bo jestem ekstrawertyczna. to oczywiste.
chcę, by moje monologi nie dryfowały w próżni, ale trafiały na opór materii.
odbijały się z impetem od cudzego zdania, konfrontowały z innym spojrzeniem.
chcę się dzielić swoją spaczoną wizją świata, durnymi pomysłami i jakże odkrywczymi spostrzeżeniami.
wychowana tak, by siedzieć cicho i pod żadnym pozorem nie wychylać się ze swoim zdaniem,
przeskoczyłam w końcu przez wyimaginowany mur i zaczęłam mówić o sobie głośno.
nie zawsze na temat, nie zawsze dyskretnie.
nie raz obrywałam po uszach od znajomych i przyjaciół, a czasami zupełnie obcych ludzi.
ileż obrażonych, oburzonych, zniesmaczonych czy zawiedzionych – musiałam przepraszać, tłumaczyć albo iść w zaparte.
bo nie można przecież pisać bezkarnie. ludzie wolą, gdy nabiera się wody w usta i połyka własny język.
drugie pytanie, które słyszę od wielu lat – bo niektórzy złośliwi
uporczywie zadają je wszystkim blogerom:
- czy naprawdę sądzisz, że twoje życie jest tak ciekawe, wyjątkowe i ważne,
że wszyscy internauci powinni o nim czytać? !
oczywiście, że moje życie jest ciekawe, wyjątkowe i ważne, bo jest moje. to logiczne.
dlatego je sobie zapisuję słowami i obrazkami. i ani „wszyscy” – ani „powinni”.
kto chce, ten czyta.
nie czyta o mnie.
czyta mnie.
tymczasem na świecie blogów jest pierdyliard i ciut ciut.
i myślę sobie, że żadna to sztuka –
siedzieć w wygodnym fotelu i tworzyć iluzje na użytek publiczny.
robię to zawodowo. za pieniądze. owijam słowa w bawełnę i gówna w sreberko.
jestem wyuzdaną potrzebą klienta. marzeniem konsumenta. tajną bronią sprzedajnych sił.
więc – nie. nie będę kupczyć składnią na własnym blogasku,
nie chce mi się tworzyć wersji uznawanej za prawdziwą, bo będę musiała ją spamiętać
celem zachowania późniejszej konsekwencji i utrzymania wiarygodności przekazu.
naprawdę mi się nie chce. nie mam czasu. tutaj odpoczywam.
tutaj pluję pod nogi pestkami, gwiżdżę przez zęby i dłubię sobie w oku.
tu jest mój prywatny ogródek, działka moje hobby i rolniczy kwadrans.
i to jest poniekąd odpowiedź na pytanie, dlaczego na blogu
nie piszę o sztuce, kulturze, filozofii i modnych restauracjach,
tylko o swoim grubym tyłku, brzydkich pieskach, brzydkich laleczkach
i innych brzydkich rzeczach, z którymi mam niewątpliwa i częstą przyjemność.
jestem za stara i zbyt zmęczona na pseudointelektualny i estetyzujący bullszit.
a jeśli – przypadkiem – zaglądają tu moi pracodawcy, zleceniodawcy,
profesjonalni i kulturalni znajomi z branży tej lub innej,
no to ja bardzo przepraszam bardzo, ale sorry – jestem u siebie,
chodzę w dresie i tiszercie, który przed chwilą upierdoliłam niechcący dżemem –
zdarza się, nawet królowej angielskiej, której pies z pewnością nie raz
zeszczał się na dywan w buduarze lub wyrzygał pod portretem Henryka VIII.
a tak na serio – myślę, że ci wszyscy, którzy tak intensywnie przeżywają
fakt cudzego blogowania jako „ekshibicjonistyczne odzieranie własnego życia
z intymności, prywatności, praw autorskich oraz innych dóbr i wartości” –
powinni przejrzeć zawartość swoich profili na fejsbukach i naszych klasach,
zdjęcia w czułych objęciach z matką, żoną lub kochanką; nagie fotki własnych dzieci,
zdjęcia z szalonych imprez wrzucone i samowolnie otagowane przez znajomych,
facebookowe statusy zdradzające wnikliwemu obserwatorowi więcej niż powinny –
a także zrobić szybki skan tego wszystkiego, co beztrosko wypisują na forach dyskusyjnych
lub w innych miejscach internetowej użyteczności publicznej  i firmują to własnym adresem mailowym-
oraz kiedy, gdzie i z kim tak ochoczo meldują się na foursquerze.
albo twittują zawzięcie raz na kwadrans: piję kawę, palę fajka, robię kupę, idę do kina, mój pies robi kupę,
siedzę w domu na L4 i urządzam piana-party, itp.

z tej perspektywy blogowanie okazuje się archaiczną sztuką epistolografii w konwencji sobie a muzom,
znakami dymnymi na horyzoncie, wiadomościami w butelce rzucanymi wezbranym falom na pożarcie,
nadgryzionym zębem czasu balkonem, na którym wygłaszam swoje urbi et orbi
do głuchych gołębi spacerujących po wyślizganym bruku…"

You Might Also Like

0 komentarze