xx1449xx. Zagadka rozwiązana.

03:16

Jestem ganiona za mój ekstrawertyzm.
Ludziom nie mieści się w głowie, że ja się nie wstydzę powiedzieć/napisać "mam depresję", że nie kryję się z tym i nie traktuję jak syfilisu czy innego AIDS; podobno jestem ostentacyjna. Bo co? Bo przyznałam się, że mam problem? Że oprócz tego mam zaburzenia osobowości "z pogranicza" [płakać mi się chcę nad tą nazwą ze śmiechu] i że nie udaję idealnie "normalnej"?
Nie wstydzę się bycia chorą. Nie wstydzę się bycie nienormalną.
Bo kochani, normalność nie istnieje. Jest pojęciem sztucznie stworzonym przez ludzkość. Medianą zachowań i odczuć uznanych za "poprawne" bądź też nieszkodliwe.
Najbardziej bawi mnie, choć jest to śmiech przez łzy, że zwyczajową reakcją jest pogląd, iż osoba cierpiąca na tę chorobę nie może bywać radosna, bo jest to równoznaczne z tym, że nie ma depresji. Oj nie.
"Choruję" od blisko 4 lat. Troszkę już z tym pożyłam i wiem jak wygląda to u mnie, za innych się wypowiadać nie mogę [ale będę cytować Zazie, bo jest starsza i mądrzejsza i dłużej się z tym mierzy] i bywam szczęśliwa, naprawdę bywam. Tylko, że moje szczęście wygląda inaczej i jest na pewno bardziej ulotne i kruche niż u kogoś bez takich zaburzeń.
znów wdrapałam się na szczyt. nawet nie wiem kiedy i jak.
nie wiem też, jak długo tu zabawię oraz o co zahaczę, spadając.
i jak nisko upadnę następnym razem. staram się jednak o tym nie myśleć.
depresja nie jest cechą mojego charakteru.
depresja to nie jest mój zły humor, moje zmęczenie czy lenistwo.
depresja to nie jest mój wybór. to nie jest moja słabość. [x]
są dni, kiedy czuję się gorzej. albo po prostu źle. wydaje mi się wtedy,
że dni, w które czuję się lepiej albo po prostu dobrze – nie istnieją.
i tak naprawdę nigdy nie istniały. i istnieć nie będą.  [x]
gdy jednego dnia coś piszesz i jest dosyć znośnie,
a drugiego dnia czytasz to wszystko i
idziesz się wyrzygać.
bardzo mi przykro, ale jestem zmuszona
umrzeć. wyjechać. nie zareagować.
coraz częściej myślę, że skazywanie niewinnych ludzi
na konieczność obcowania ze mną i moim chimerycznym usposobieniem
jest po prostu nieodpowiedzialne.
i zupełnie niepotrzebne. [x]
idąc bez celu, nie pilnując drogi, sama nie pojmuję…  – gówno. gówno. gówno. – dokańczam na głos i wściekle.
pisząc jeden scenariusz, nagle wymyślam drugi, zupełnie inny, zupełnie nie na temat i zupełnie mój.
więc natychmiast muszę go zapisać. natychmiast. aż policzki mi płoną.
z nerwów wstaję od klawiatury i stwierdzam, że w domu jest taki bałagan, że dłużej tego nie zniosę,
że tak nie może być. więc sprzątam, sprzątam, sprzątam. trzaskam garami, trzaskam szafkami, trzęsą mi się ręce.
chciałabym dostać w pysk i oprzytomnieć w jednej chwili. choć na chwilę. kurwa mać.  [x]
Dlatego tak trudno ze mną żyć, dlatego myślę, że nie można mnie kochać. Moje uczucia, odczucia, zwłaszcza względem siebie, stany i myśli wirują wokół mnie i mieszają się ze sobą tworząc chaos. Nie zawsze wiem kim jestem i co robię. Mam problem żeby odnieść się sama do siebie. Każdego dnia potrafię być inna i to, co myślała wczorajsza ja może być dla dzisiejszej nonsensem, albo obrazą. Polemizuję sama ze sobą całe życie,  bo na wszystko spoglądam na pięć różnych sposobów co najmniej.
Jedyne czego pewna jestem o każdej porze dnia i nocy to to, kogo kocham.
Jestem permanentnie rozczarowana sobą, ale jednak bardziej światem. Mogę osiągać swoje bzdurne sukcesy, cieszę się około 12h i to znika. Przepada. Nie odczuwam satysfakcji z tego, co inni uważają za zdobycie Mount Everestu, przykro mi, jestem wiecznie niezadowolona, malkontencka, ale to dotyczy mnie. Mojego poglądu na świat i to, że ludziom jakoś udało żyć się bez mózgu i głębszych doznań nie muszę tłumaczyć. Sam się broni. Dekadencja w moim wykonaniu nie jest niczym nowym, oj nie.
Potrafię się śmiać, potrafię się uśmiechać, choć czasem już nie wiem czy robię to naprawdę. Chyba tak, ostatnio miałam mocną sinusoidę, nie byłam zdolna chodzić do szkoły czy też w niej wysiedzieć, abstrahując już od fatalnego zdrowia, bo naprawdę, zaczynam się sypać, ale to nigdy nie było na mojej uwadze zbytnio.
Jestem mocno zdysocjowana. Mój rozum/umysł/dusza/serce [niepotrzebne skreślić] jest dla mnie priorytetem, objawy somatyczne czy potrzeby ciała takie jak sen, odpoczynek czy też uczucie bólu schodzą na dalszy plan. Właściwie są zepchnięte gdzieśtam.  Potrafię znieść niewiarygodny ból i mimo tego pracować równie wydajnie co zazwyczaj, wszystko to dlatego, że mój mózg tak działa, że jego potrzeby są dla mnie najważniejsze.
Rozum jest moją największą nagrodą jak i najokropniejszym przekleństwem. Bo wszystko dzieje się tu. Tu tworzy się chęć do działania, mobilizacja jak i poczucie bezsilności, zmęczenie.
Nie jestem leniwa [no nie bardziej niż przeciętny człowiek], lecz całą energię potrafi mi zabrać umysł. A ledwo otworzyłam oczy i spojrzałam w sufit. Tak, to potrafi mnie wykończyć. I nie, nie jestem w stanie nad tym zapanować, mogę się jedynie zmuszać, bo znam swoje powinności. Często to przezwyciężam, bo muszę, ale bywa, że nie daję rady.
Nie zawsze wszystko umiem.
I to jest straszne. Chyba najstraszniejsze.
Do tych zaburzeń dochodzą moje ambicje, często nazywane chorymi. Nie chcę być przeciętna. Ale też nie wiem już za czym gonię i czego tak pragnę wciąż. Wiem jedynie, że dążę do perfekcji.
tylko nie znam jej definicji.

i znów jest trzecia w nocy.

You Might Also Like

0 komentarze