xx1519xx. Ból niemocy.

16:38



Zastanawiało mnie, nadal zresztą zastanawia, czemu niektóre słowa łączą się ze sobą tak łatwo, od razu do siebie pasują i tworzą sensowną całość. Dlaczego nie jest to wspólną cechą wszystkich słów? Moja blokada twórcza trwa już zdecydowanie za długo. Nie potrafię znaleźć TEGO SŁOWA, tego, które jest początkiem.
Stosuję metodę, nazwaną przeze mnie prowizorycznie, metodą haczyków. Znajduję słowo, pojęcie, zdanie, które pociąga za sobą niedosyt, które potrzebuje kontynuacji, uzupełnienia, dobieram kolejną frazę, ona również ma te właściwości – mimo, że może istnieć sama potrzebuje czegoś, by odpowiednio oddać nastrój czy tam zamysł, który powstał w mojej głowie. Pojedynczy element ma prawo bytu, jednakże dopiero jako układanka, spojona właśnie owymi „haczykami” tworzy całość.
Brakuje mi haczyków ostatnio, ale niestety, nie jest tak prosto ten niedobór uzupełnić. Nie pójdę do sklepu i nie poproszę „pól kilograma sensu, opakowanie weny i jeszcze do tego „Pomysł na…””. Wyrobiłam sobie pewne nawyki pisarskie. O ile na co dzień jestem w stanie napisać pewne twory, będące raczej równoważnikami zdań, które stanowią zabrudzoną refleksję moich myśli, to jeśli NAPRAWDĘ chcę coś napisać potrzebuję szeregu rzeczy.
Nawet miejsce jest istotne, moje najbardziej „poczytne” twory powstały w jednym miejscu, w tym samym pokoju, przy tym samym ekranie i z tą samą klawiaturą. Właśnie – nawet klawiatura ma znaczenie – nie potrafię się rozpisywać na tej laptopowej. Gdy bębnie w klawisze nie wydaje tego kojącego dźwięku. Nie jest tak bardzo „moja”. Ogółem – same dźwięki odgrywają wielką rolę – zazwyczaj potrzebuję ciszy, przerywają ją jedynie stukot moich palców na klawiaturze i szum komputera. Czasem jakaś pojedyncza piosenka, ewentualnie album zapętlone, albowiem to może pobudzać wspomnienia, zdarza się, że słowa idealnie pasują do tego, co czuję. Bywa, że linia melodyczna oddziałuje na tę część mózgu, która pozwala mi pisać. Nie zawszę mogę. Nie jestem zdolna do napisania więcej niż dwa zdania przez zatrważającą część czasu. Jeśli już piszę w tym okresie, to jest to w mojej opinii suche i bezpłciowe. Dlatego praktycznie nigdy nie czytam tego, co napisałam, ani nie lubię, gdy ktoś czyta to przy mnie. Nigdy też nie należy ode mnie oczekiwać, że będę czytała na głos swoje prace. Mimo mojej natury ekstrawertyka, która pozwala mi przelewać swoje uczucia na papier/ekran i formować je, by przybrały kształt słów, to jednak jest to zdarzenie intymne. Piszę rzeczy, których nie umiałabym tak dobrze sformułować na głos. Gdybym miała zacząć mówić, to jakość i walory estetyczne na pewno poleciałyby na łeb, na szyję. Byłoby zbyt wiele powtórzeń, słabych konstrukcji, a ja niestety stawiam sobie wymagania. Wysokie. Niczego, co napisałam nigdy nie uznałam, jak i również wątpię, że kiedykolwiek uznam za dobre. Obcowanie ze słowem pisanym pozwala myśleć, poprawiać, korygować, odsunąć się od tego i ochłonąć, kiedy emocje biorą górę. To pociąga za sobą fakt, iż nie znoszę, gdy ktoś mi przeszkadza, kiedy tworzę. Nie lubię podglądaczy. Nie chcę nikomu pokazywać surowych partii tekstu, niepełnych, nieskończonych. Często przestawiam, dopisuję, mieszam, tworzę koktajl, który powinien być strawny. Oczywiście, zdarzają się kompletnie nienaruszone i nieedytowalne partie. Kiedy wpadam w trans i po prostu widzę słowa w głowie spisuję je tak, jak lecą. To zew, któremu nie śmiem się przeciwstawić. Jest w tym pewna brutalność, prostota formy i słów, pozbawiona otoczki „estetycznej”, nie mająca pełnić funkcji bycia przyjemną dla oka. Naturalizm bywa dobry, ale na dłuższą metę jest wyczerpujący; to ciągłe plucie lawą, szybkie bicie serca, poruszanie się na skraju obłędu. Nie powiem, jako „artystce” podoba mi się ten stan, czasami. Daje to niemalże ekstatyczne poczucie wolności. Niczym nieskrępowanej, bez barier i cenzusu. Na koniec potrzebuję spokoju, samotni, frustruje mnie obecność materialna, bądź tylko na płaszczyźnie myślowej. Pisanie jest dla mnie odcięciem się od świata i skupieniem myśli na mnie, moich emocjach, przemyśleniach i wnioskach z nich wynikających.
Czemu więc ostatnie 8 lat [z czego od około 5 tak w miarę na poważnie] zajmuję się tym? Chyba dlatego, że nie potrafię żyć bez pisania. Pamiętam, że największym bólem, kiedy miałam „kary na komputer” była niemożność tego walenia w klawiaturę. Owszem, można pisać ręcznie, ale to nie to samo. Tylko sprawy najbardziej prywatne „załatwiam” ręcznie. Studium mojej osobowości i wydarzeń nie potrzebuje takiej oprawy. Abstrahując od przyzwyczajenia do spisywania tego, co mam w głowie myślę, że na moje przywiązanie do całej tej „sztuki” wpływa fakt, iż pełni ona dla mnie funkcję katharsis, jest swoistego rodzaju terapią. To nie tak, że wyjdzie mi spod palców parę zdań i zapominam. To raczej pozwala mi zaakceptować pewne sprawy, pogłębia moją świadomość i poszerza horyzonty. Na pewno tez pozwala lepiej poznać samego siebie. Analizuję siebie, analizuję innych, usprawniam moje narzędzia i metody poznawania świata, to przydatne.
Myślę jeszcze o maszynie do pisania, kiedyś sobie taką sprawię i będę pisać marne wiersze. Ale to nie czas na poezję, od kilku lat nie jestem zdolna, by napisać coś lirycznego, czego nie znienawidzę po dwóch minutach. Przykra przypadłość, te wymagania.
Twór autobiograficzny, jak i również autotematyczny. W miarę obszerny [w porównaniu do tego, co działo się tutaj ostano]. Treściwy? Ambitny? Nie wiem, skoncentrowana jestem na sobie, na swoich wymaganiach, które jednak na pewno przewyższają te, które stawiają mi inni ludzie. Jednakże, już przestałam chcieć być kimś wielkim w oczach ludzi, teraz zamierzam starać się spełniać swoje oczekiwania. Paradoksalnie, jest to o wiele trudniejsze.   


You Might Also Like

0 komentarze