xx1642xx. Zostawcie moje jajeczka w spokoju.

21:33

Ostatnio głośno o tej kampanii, i słusznie. Dawno [bo cały tydzień nad morzem byłam, a z Internetu korzystałam jedynie jako z formy utrzymania kontaktu ze światem przez maila, a także zaglądałam na mojego tumblra, nic więcej] nie widziałam czegoś aż tak żałośnie tendencyjnego; czegoś, co tak bardzo godzi w wolność człowieka [tutaj głównie kobiety; pragnę uciszyć falę oburzenia, że te feministki to tylko o babach jojczą, a facetów nienawidzą; mężczyźni, poza niepłodnością czy innymi chorobami wpływającymi na jakość nasienia nie mają problemów z zapłodnieniem partnerki; Charlie Chaplin miał 73 lata, kiedy urodziło mu się ostatnie dziecko, a więc spokojnie panowie, badajcie się, dbajcie o swoje zdrowie, a nie będzie katastrofy]. Czemu tak sądzę? Primo - w 30 sekund upewniłam się, że mit o tym, iż istotę możemy nazwać kobietą, tylko wtedy, gdy jest ona matką; że nie liczy się ona jako człowiek, to, co osiągnęła, jak ciężko pracuje - istotne jest tylko to, czy jej ciało było inkubatorem dla nowego bytu. Bez tego ani rusz, bez tego jesteś pusta i bezwartościowa, co kogo obchodzi, że jesteś dobrym człowiekiem, partnerem życiowym, przyjaciółką, kimś ważnym dla innych ludzi. Nie urodziłaś dziecka - jak mogłaś! Czy to nie zalatuje czasem przedmiotowym traktowaniem kobiety? ALEŻ SKĄD, fundacja wow, nie chcieli przecież nikogo urazić, tylko nakłonić do REPRODUKCJI, bo inaczej nie mogę tego nazwać. Odnoszę czasem wrażenie, że nasza kultura wygenerowała coś w rodzaju listy rzeczy do zrobienia, przydzielanej w zależności od płci. Mała dziewczynka dostaje karteczkę, na której jest szereg rad i rozkazów w stylu: bądź grzeczna, [+ w zależności od wyznania - chodź do kościoła], dobrze się ucz, zachowuj się, znajdź dobrego męża, zajmuj się domem, sprzątaj, gotuj, usługuj, urodź dzieci, bądź posłuszna. Chłopiec też dostaje swoją: bądź silny, nie płacz, nie przeżywaj, [bonus w postaci kościółka też, może być dodatkowo: bądź ministrantem], zarabiaj dużo, bądź władczy, zbuduj dom, posadź drzewo, spłódź syna. Kyrie eleison! Dosyć tego.
Owszem, przyrost naturalny w naszym kraju kuleje, podobnie jak w wielu krajach europejskich czy USA, jednakże decyzja o wydaniu potomstwa na świat to nie jest coś do "odfajkowania". Począwszy od tego, że w ogóle trzeba mieć kogoś, z kim chcemy je mieć. Nie sądzę, że ludzie podchodzą do tego w sposób "a co mi tam, znamy się pięć minut, ale trzeba się spieszyć, to zróbmy sobie dziecko.". Najlepszy czas na zajście w ciążę, zwłaszcza po raz pierwszy, to gdzieś pomiędzy 20., a 25. rokiem życia chyba, na pewno przed trzydziestką w każdym razie. Wielu osobom udaje się już wtedy stworzyć wspaniałe związki, jednakże ta decyzja nie jest łatwa nawet dla par z kilkuletnim, bądź i dłuższym stażem. Kiedy myślę o tym, a młoda jestem i niedojrzałość ode mnie aż bije, to nie wyobrażam sobie, że lekką ręką decyduję się na dziecko, przecież to będzie żywa istota; istota, która poza swoimi rodzicami, a czasami tylko rodzicem [ewentualnie ich rodziną] nie ma nikogo na świecie, za którą byłabym w stu procentach odpowiedzialna, której musiałabym zapewnić byt, poświęcać wiele czasu, aby była zdrowa i dobrze się czuła, prawidłowo rozwijała. Myślę, że to niesamowity wyczyn zostać rodzicem, zapoznawać małego człowieka ze światem, ale jednocześnie chronić go przed zagrożeniami, które ze sobą ten świat niesie. Wymaga to wielkiej dozy cierpliwości, przygotowania mentalnego, przede wszystkim dojrzałości emocjonalnej, od obojga partnerów. Dziecko to nie zabawka, kiedy nas zirytuje to nie wyciągniemy baterii; dziecko to również nie zwierzę, wychowanie psa/kota tak, by był w miarę samodzielny zajmuje lata krócej, niż nauczenie tego samego dziecka.
Inna sprawa, bywa, że organizm zawodzi. Leczenie, próby inseminacji również. In-vitro to czasem ostatnia deska ratunku, a czasami tylko brzytwa, której chwyta się tonący. Nie umiem wyrazić smutku, który mnie napełnia, gdy słyszę o osobach, które niesamowicie pragną mieć dzieci, a niestety nie mogą; próbują, ze wszystkich sił swoich, najróżniejszymi metodami, które jednak nie przynoszą efektu. Nasuwa się myśl [szczególnie często przerzucana przy kwestii in-vitro przez tak zwanych "obrońców życia"] "eureka, adopcja!", to jednak nie jest zawsze dobrym rozwiązaniem - proces adopcyjny jest bardzo skomplikowany, a poza tym, mimo szczerych intencji - nie każdy jest w stanie się na to zdobyć, adopcja dziecka to również niesamowity wyczyn, podziwiam ludzi tworzących ciepłe i kochające rodziny dla skrzywdzonych przez lot małych istotek. Pomijając te wszystkie czynniki - myślę, że wiadomość, zarówno dla kobiety, jak i dla mężczyzny, że nie może mieć dzieci musi być szokująca, na pewno smutna, może spowodować problemy emocjonalne - to już o krok od depresji, same próby/nieskuteczne staranie się o dziecko - mogą wycieńczyć psychicznie. Następuje więc odwieczne pytanie "po co się męczyć, wypruwać żyły?" i zostaje się bezdzietnym, nie ze swojej woli - krzywdzące, smutne, niestety prawdziwe.
Istotnym czynnikiem, o którym jakoś zapomniano wspomnieć, a wręcz przedstawiono bohaterkę spotu tak, jakby ten problem nie istniał jest sytuacja finansowa młodych ludzi, a właściwie Polaków ogólnie. Płace w naszym kraju do najwyższych nie należą, wiadomo, a dziecko kosztuje, i to nie mało. Można o tym mówić i mówić, jak i o przepełnionych żłobkach/przedszkolach, które to w wielu przypadkach uniemożliwiają wrócenie rodzicowi do pracy, który po urlopie macierzyńskim/tacierzyńskim nie ma z kim zostawić dziecka.; nianie są drogie, a rodzina nie zawsze mieszka blisko, albo ma możliwość zajęcia się nim. W Polsce w większości to matka bierze ten urlop, a już przez sam okres ciąży, gdy trzeba chodzić do lekarza, bądź też gdy przez jakieś powikłania istnieje zalecenie by ciężarna została w domu czy nawet w szpitalu przez jakiś czas, pracodawcy nie są zadowoleni [choć powoli coś zaczyna drgać w tej sprawie], istniała i nadal istnieje niechęć do zatrudniania kobiet w tak zwanym "wieku rozrodczym", bo "popracuje to jakiś czas, a potem mi zaciąży, straty, straty, straty". Inna sprawa, że ten "najlepszy" biologicznie wiek przypada na czas, kiedy właśnie wchodzimy na rynek pracy, często jeszcze studiujemy, dlaczego mamy sobie utrudniać ten burzliwy i trudny okres, często wymagający wielkiej elastyczności, a także siły, by go przetrwać, zakładaniem [tradycyjnej, czyli co najmniej 2+1] rodziny. Wprawdzie moi rodzice zarówno pracowali, jak i studiowali zaocznie, gdy przyszłam na świat, ale wiem jak wiele to od nich wymagało. Dodatkowo, zaangażowane były moje dwie babcie i prababcia, aby wszystko w miarę sprawnie działało. Miałam cztery lata, gdy mama pisała pracę magisterską, wtedy wykazywałam już tendencję do bawienia się sama ze sobą w świecie własnej imaginacji w towarzystwie MTV, ale są dzieci, które potrzebują wiele uwagi, bardzo przywiązane do rodzica, przez co nieświadomie utrudniają im naukę właśnie. Po latach dowiedziałam się, że wiele razy mama pisała po nocach swoją magisterkę, gdyż w dzień była praca, potem obiad dla rodziny, chęć bawienia się ze mną, chodziła spać o czwartej, a na ósmą musiała być w pracy, uprzednio zaprowadziwszy mnie do przedszkola. Po latach dowiedziałam się też, że nie robiła doktoratu, choć jej promotor bardzo ją do tego zachęcał, bo wolała mieć mięcej czasu dla mnie. Mimo, że ona nie wyraża zawodu z tego powodu, to mi jest przykro, że zrezygnowała. Nie chcę stanąć przed takim wyborem. Chcę w możliwie jak najkrótszym okresie czasu zostać doktorem matematyki teoretycznej, w międzyczasie jakoś ogarnąć swoje życie, a potem świadomie i odpowiedzialnie podjąć decyzję z miłością mego życia, że czas na Majznera Juniora[a jak mi się nie uda, to trudno], i będzie to decyzja tylko nasza, dwojga zainteresowanych; a nie ludzi z fundacji, która próbuje mówić ludziom, jak mają żyć. Serdecznie nie pozdrawiam.

Panna N. Majzner,
lat 18, 3 miesiące i tydzień,
rzeczniczka ruchu "Moje Zdanie - jedyne co się liczy w temacie mojego życia".




M. Skłodowska - Curie inspirująca jak zawsze.

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Sam zamysł akcji był dobry - coś w typie "Nie czekaj z dzieckiem, bo za 20 lat możesz nie mieć możliwości, żeby je mieć", a wyszło jak wyszło... Kurcze, to chyba decyzja każdego z nas czy chce czy nie. Ja nie chcę, mówię otwarcie - ba, nawet jakbym chciała to nie mogę mieć dzieci. Skoro chcą żeby ludzie mieli potomstwo to chyba czas pomóc finansowo ludziom? Wystarczy spojrzeć ile jest choćby w telewizji płaczących rodzin, które miały dzieci i teraz nie stać je na chleb. Czy to ma zachęcać ludzi do dzieci? Nie, jakoś to nei zachęca.
    Irytujące jest, jak już mówiłaś, wpajanie, ze bez dzieci kobieta jest bezwartościowa. Jedna moja koleżanka słusznie powiedziała "Może dla mnie szczęściem jest spędzenie życia na kształtowaniu się, bo ja sama liczę się dla siebie bardziej niz dziecko, którego nie chcę mieć?" i czy ma się czuć gorsza? Sama też stawiam swój rozwój ponad dzieci, wolę spełnic marzenia, mieć wymarzoną pracę i męża, niż spędzić życie na staraniach się o dziecko, które najpewniej by umarło jeszcze przed narodzinami. (jest wątpliwe czy dałabym donosić ciąże dalej niż do 4 miesiąca). Chyab najlepiej byłoby dać każdemu wolną rękę. Skreca mnie, kiedy w szkole czy w rodzinie słyszę "no, skończysz studia, z narzeczonym wynajmiecie mieszkanie i wnuczęta, prawda?". Nie, nieprawda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez baaaaaaaaaaaaaaardzo długi czas nie zamierzałam mieć dzieci, nie czuję się osobą wystarczająco odpowiedzialną, by podjąć się takiego trudu. Może od roku pojawiają się u mnie myśli, głównie przez to, że w końcu uświadomiłam sobie, że jest taka osoba, z którą chciałabym połączyć swoje DNA, i że może kiedyś. Przede wszystkim, chciałabym żeby moje dziecko miało silną, kochającą, a przede wszystkim stabilną emocjonalnie matkę, nie wiem kiedy, i czy w ogóle osiągnę ten etap. Nie chcę mieć na sumieniu powołania na świat człowieka, który w którymś momencie życia stwierdzi "ja się tutaj nie musiałem pojawić".Bycie rodzicem to pewnego rodzaju test, i jeśli zechcę kiedyś do niego przystąpić, to mam zamiar być pewna, że jak najlepiej się przygotowałam.

      Usuń