xx1644xx. Perypetie pełnoletniej.

17:24

Ten tydzień był wymagający, począwszy od tego, że kilka dni mieszkałam sama, a mimo, że wydawało mi się, że całkiem sobie radzę to widzę, że jeszcze długa droga przede mną. Prozaiczne czynności jak sprzątanie, gotowanie sobie czy wstawanie o określonej godzinie [bo kłaść się spać o przyzwoitej porze w moim wykonaniu to wiadomo, tak zwany train wreck] to teoretycznie proste czynności. O dziwo, nie. Począwszy od tego, że moją główną cechą jest odkładanie rzeczy na później, przez to, że zazwyczaj krążę myślami gdzieś daleko od spraw przyziemnych przez same chęci i stan psychiczno-emocjonalny. 
Znad morza wróciłam tydzień temu, w sobotę, późnym wieczorem. Po "zaliczeniu" powitania na włościach przez moich dziadków weszłam do pustego domu. Chwała, że babcia zrobiła mi podstawowe zakupy w rodzaju: chleb, ser, coca cola, więc nie musiałam się stresować, że muszę wyczarować jedzenia znikąd. Wiadomo jednak, że czegoś mi musiało brakować, więc o 22:30 w dresie urządziłam sobie spacerek do sklepu, przez marnie oświetlone ulice mej dzielnicy, przechodząc obok baru klęłam na swój głód nikotynowy, gdyż powiedzmy sobie szczerze - o blokach w jego sąsiedztwie krąży nie najlepsza opinia, zwłaszcza kiedy jest ciemno, ulice są opustoszałe, a ty jesteś osiemnastoletnią dziewczyną, która ma niecałe metr siedemdziesiąt wzrostu, w dresie i sercem bijącym jak dzwon Zygmunta. Wycieczka jednak zakończyła się sukcesem i brakiem głębszych urazów, niż ten niepokój, że zza rogu wyskoczy seryjny morderca [przeklęta bujna wyobraźnia, czas dorosnąć!]. W ramach bycia odpowiedzialną i obowiązkową postanowiłam nie zwlekać ze sprzątaniem, robieniem prania i wypakowaniem bagażu. Test na dorosłość zdany 9/10 - bo prania w końcu nie zrobiłam. Poszłam spać nad ranem, ale w końcu była niedziela - dzień niby spokoju.
Przeminęła więc i ona - na wizycie M, gadkach-szmatkach o trudach podróży i pobytu z dala od domu. Wieczór miał mi upłynąć na próbach produktywności pt. "zrobię coś do szkoły" bądź bardziej prawdopodobne - "napiszę notkę na bloga relacjonującą pobyt w Ustroniu Morskim". Owszem, nic z tych rzeczy. Blisko północy natchnęła mnie myśl, że powinnam zrobić sobie śniadanie do szkoły, bo znając siebie wiedziałam, że rano nie przekonam siebie do szybszego wstania z łóżka i zrobienia kanapek. Zeszłam do kuchni, aby dokonać tego wiekopomnego czynu, jednakże nastąpił tu error - zapomniałam wyciągnąć masła.
I właśnie to masło, twarde i zimne, jak realia życia dorosłego człowieka skłoniło mnie do przemyśleń. Rzadko robię sobie jedzenie do szkoły, tę rolę "przypisaną" ma ojciec, robi śniadanie dla siebie samego, mnie i mamy. To on dba o pieczywo czy te cholerne masło. Nie muszę o tym myśleć. Dotkliwie odczułam fakt, iż nie myślę o takich "zwykłych" rzeczach; była północ, a ja gratulowałam sobie bycia wspaniałą i ogarnięta osobą. Zestalony tłuszcz z mleka krowiego mnie pokonał. Nie wiem jak opisać to uczucie, tę świadomość, że na tym przykładzie mogę odwzorować trudności, które zapewne mnie spotkają, gdy będę sama na "swoim". Nie będzie nikogo, kto wyciągnie mi masło, jeżeli ja tego nie zrobię = nie będzie nikogo, gdy będę sobie musiała poradzić z ciężką sytuacją, nikt jej za mnie nie rozwiąże, tylko ja jestem za to odpowiedzialna; to moje przydzielone zadanie. W piętnaście minut później główny bohater dramatu nadawał się do smarowania chleba, który za grubo pokroiłam na maszynce, ale mógł być. W ramach prób nie tyle, co zdrowego, lecz może bardziej urozmaiconego i rozsądnego planowania posiłków zrobiłam chyba jedne z pierwszych kanapek do szkoły w moim życiu, 10/10 z serem, sałatą i kurczakiem. W końcu, poszłam spać.
Tutaj napotkałam kolejną przeszkodę, nie nastawiłam budzika, więc po trudach owej nocy obudziłam się o jedenastej - świetne zagranie, Majzner. Swoje fantastyczne śniadanie spożyłam więc w łóżku zastanawiając się - co ze mną jest właściwie nie tak, że proste rzeczy przychodzą mi niezwykle trudno, czemu jestem artystką i dlaczego zaspokajanie podstawowych potrzeb zazwyczaj mnie przerasta. Odpowiedź zawarta w pytaniu - jestem niepoprawną artystką ze spalonego teatru; egzystuję sobie w życiu rzeczywistym, kiedy moja głowa zanurzona jest w rozmyślaniach natury potrzeb wyższych.  +10 do bycia rozczarowaną swoim nieprzystosowaniem do funkcjonowania w realnym społeczeństwie. Jedyne co mi się udało osiągnąć tamtego dnia to pójść na jazdy i jakoś jechać. Gratulacje!
Nauczona doświadczeniem z kanapkami postanowiłam śniadanie przygotować wcześniej - padło na sałatkę z brzoskwiniami i sosem curry - byłam nieco wkurzona na masło. Tym razem wszystko poszło jak z płatka. Tylko jeden problem, znów nie włączyłam tego przeklętego budzika co poskutkowało pobudką, tym razem, o 10:30. Kolejny wspaniały dzień, kolejne śniadanie w łóżku, kolejne jazdy po południu zaliczone! Wieczorem mieli wracać rodzice. Ogarnęłam więc życie i przybrałam na oblicze pozę osoby, która sobie doskonale z wszystkim radzi, bo tak było, i jest, nieprawdaż?
W środę wszystko wróciło w miarę do normy, grzecznie do szkoły, wytchnienie na jeden dzień od jazd, wizja zbliżającego się egzaminu na prawo jazdy i zaliczania fizyki doprowadziła mnie do zwyczajowej depresji i ataków paniki. Suma summarum obydwie rzeczy zjebałam, o ile fizyka była oczywista - nie otworzyłam nawet notatek, więc nie próbowałam podejść, to o prawie jazdy mogłabym napisać rant. Postaram się jednak w skrócie.
Po czwartkowych i piątkowych jazdach w końcu wybiła godzina zero - w tym wypadku 11:38. Mój egzaminator był całkiem uprzejmy, choć zdecydowanie chłodny, nawet pozwolił mi sobie wybrać kolor auta - czerwony wydał się odpowiedni [dla niewtajemniczonych, samochody egzaminacyjne naszego WORDu nie wiem jak innych, są zawsze czerwone]. Nie mogłam narzekać, moje zadania na placu to było sprawdzenie kierunkowskazów i opisanie metody kontrolowania poziomu oleju silnikowego - prosto, łatwo i przyjemnie. Mój przejazd przez łuk zaskoczył nawet mnie, nie będzie to przejaw samouwielbienia, lecz naprawdę, wykonałam go idealnie, nawet po obu stronach auta był równy odstęp, a w kopercie ustawiłam się równiusieńko. Im dalej w las, tym więcej drzew? Ależ skąd. Ruszanie z ręcznego - również przeżyłam szok, całkowicie prawidłowo, nawet nie wiedziałam, że tak potrafię. Miasto? Nie dowierzałam w swoje szczęście, gdy parkowałam w prawo i mi wyszło prosto - prawda jest taka, że zawsze, kiedy miałam parkować w tę stronę kończyłam na korekcie, czasem przydałyby się nawet dwie, w lewo bez problemu, w prawo już nieco gorzej. Wyszło! Ogólnie mój piątkowy egzamin to była jazda życia, zadania, które wcześniej sprawiały mi problem, czy też cholerne skrzyżowania, gdzie trzeba jechać w lewo na kolizyjnym - bardzo dobrze. Jeździłam już dobre 40 minut, w końcu zjeżdżałam w prawo, osobnym pasem na rondzie. Co następuje dalej, wiadomo - włączanie się do ruchu. Wyjechałam już prawie na właściwy pas, spojrzałam do lusterka by się upewnić, ułamek sekundy, zmianę biegu później poczułam tylko mocne szarpnięcie - znikąd właściwie pojawił się srebrny ford, na oko pędził z 90-100/h [przypominam, to było 15 m za wyjazdem z ronda], pewnie Lka na dachu zadziałała jak płachta na byka, musiał wyprzedzić, egzaminator zahamował, a ja widziałam, co będzie dalej... I tak oblałam swój praktycznie perfekcyjnie do tej pory zaliczony egzamin. Ciężko było mi opanować łzy, po zamienieniu się miejscami z egzaminatorem usłyszałem tylko "tego się po pani nie spodziewałem, jechała pani bardzo dobrze, zarówno jeśli chodzi o technikę jazdy, jak i ostrożność, miałem panią tylko wziąć na drogę z siedemdziesiątką, zawrócić na rondzie i jechalibyśmy do WORDu, bardzo mi przykro, ale tak, żeby za drugim razem było zdane". Pani się jednak załamała, pani otrzymała stos pochwał, choć była przekonana, że jeździć nie potrafi, a także pani poczuła wielki zawód, gdyż pozytywny wynik egzaminu wyślizgnął jej się niemalże na ostatniej prostej. 
Pani umówiła się na następny termin, który jest jutro, cudem załatwiłam to w takim krótkim odstępie czasu, choć wola walki we mnie jest, to szczerze mówiąc, na samą myśl coś mnie ściska. Nie powiem, że się nie boję, bo skłamałabym okrutnie. Moim credo jest jednak - nie być słabym. Poddanie się i rezygnacja w tym momencie byłaby oznaką wielkiej słabości. Trochę czas był zły na ten zawód. Ostatnio żyję w ciągłym niepokoju, jednakże muszę przez to przejść, a jutro pojechać tak dobrze, jak tylko potrafię. Trzymajcie kciuki jutro, o 12:30. Bo nie uśmiecha mi się płacić kolejnej opłaty za egzamin, za którą mogłabym mieć nowe buty, albo torebkę, albo coś innego [albo stos książek, ewentualnie dziesięć paczek marlboro].
Wczoraj testowałam się w Mensie, w Katowicach mieli nabór, wynik za kilka tygodni. Jestem ciekawa, lecz nie stawiam sobie wygórowanych oczekiwań, co ma być, to będzie. Wiadomo, chciałabym być powyżej przeciętnej, a prawdę mówiąc to dobrze bym się czuła z "wysokim" ilorazem inteligencji, nie wspominając już o tym, że gdybym przez przypadek znalazła się w przedziale "bardzo wysokiego ilorazu inteligencji" to byłabym bardzo zadowolona. 
Nie nastawiam się jednak. IQ nie równa się mądrości, której zbytnio jeszcze nie mam, lecz mam całe życie, by ją posiąść. Ludzie rodzą się z różnymi zdolnościami, możliwościami, czasem nawet najbardziej upartą i katorżniczą pracą nie da się przeskoczyć niektórych barier. Jedyne, co mnie martwi, że moje bariery zbyt szybko staną na mej drodze.

koniec niezbyt pozytywny #dekadentyzm
Mistrzyni [nie]Dojrzałości

You Might Also Like

0 komentarze