xx1658xx. Moje zachowanie jest niestosowne.

13:20

Nawet jeśli moja głowa pulsuje niemiłosiernie, to i tak wieczorem zakręcam włosy na wałki, wybieram sukienkę, mimo tych lat; tamtych wydarzeń nadal mi zależy. Nadal potrzebuję tego momentu, kiedy nie bardzo wie co się dzieje; na czym mają spocząć jego wzrok, prócz tego, że na mnie. Ale tym razem zrobimy inaczej. Tym razem przeciągniemy ten moment i wzbogacimy o nadszarpnięcie naszej cierpliwości, zwłaszcza mojej, nie przyznam się, ale każda sekunda, w której muszę powstrzymywać się od znaczenia mojego terytorium.

Jestem niereformowalna, wiesz, wiemy, wiecie. Stresuję się, mimo wszystko i robię to, co zazwyczaj w takich sytuacjach. Przychodzi mi na myśl słowo intoxicated, brzmi lepiej niż odurzona czy upojona. Bawię się w alchemika, mieszam swą krew znów z kolejnymi promilami, a że znów jestem chora i na lekach... Znamy to oboje, i choć będzie chciał zaprzeczyć, może będzie walczył, ale to z góry przegrana bitwa. Prawda jest taka, że bywają w życiu momenty, że nie można mi się oprzeć, że w końcu i tak się ulegnie.

Choć sytuacja jest komiczna; choć siedzę niczym człowiek przed sądem i unosi się w powietrzu zapach oczekiwania i ekscytacji to w jakimś dziwnym miejscu we mnie uspokajam się. Mimo tego, że zdarzyło się to, co zaszło. I że mieliśmy zwolnić, a właściwie zaprzestać. Obawiam się go na równi z tym jak dobrze go znam i jak chcę. Pozwalam sobie uciec w jakiś inny stan świadomości. Napięcie rośnie. I w końcu.

I w końcu zjawia się. I znów przypomina mi się, i znów wiem dlaczego i choć już cała drżę. I łaknę. I jednocześnie zapominam, że jest ktoś oprócz nas. Ledwo się pożegnały. Moja dłoń już powędrowała w dobrze znane sobie miejsce. Chwycił moje palce. Pierwsze małe zwycięstwo. 
No i co? - Chyba się wstawiłam. - Przecież mało wypiłaś. - No wiem, ale jestem na lekach od wczoraj. - Brawo.
Uśmiecham się, kiedy pali, w sumie sama dołączam. Potem chcę uciec od ludzi, ciągnę go do tego parku, który widział już tak wiele.Zaczynam swoje podchody, z okazji wyboistej drogi przez Plac Wolności korzystam z jego ramienia [ach te szpilki!]. O ironio! libertas!  Oboje wiemy, jakie mam nastawienie, pytaniem jest, czy pozwoli.

Nadal jest moją ofiarą, tak jak i ja jego. Dwa drapieżniki prowadzące ze sobą potyczki dla rozrywki. Udaję, że nie atakuję, że moje intencje są czyste, a ja niegroźna.

Zaskakująca prośba: pokaż świadectwo... bardzo dobry z religii, nieźle jak na ateistkę - tu wstaw moje przewracanie oczami - no tak, półfinalistka Olimpiady Lingwistycznej... To takie odświeżające dosyć, kiedy ktoś po prostu mnie pyta o takie prozaiczne rzeczy jak to, ile siedziałam w szkole, co załatwiałam, czy to ze względu na moje "stanowisko". Czasem mi się wydaje, że ludzie boją się ze mną rozmawiać. Ale po tym, kiedy w końcu dostałam wyniki MMPI®-2, więc nie bardzo mnie to dziwi. Moje podchody trwają dalej. Badam jak daleko mogę się posunąć. Na co mi dziś pozwoli, a co będę musiała wywalczyć.

Nie dbam o to, co ludzie pomyślą. W tym momencie nie dbam, czy podszewka się wysuwa spod koronki; czy ktoś patrzy; czy jestem jakąś viceprzewodniczącą czegośtam, czy mi wypada, czy to rozsądne. Nie dbam. Liczę się ja, to, czego chcę i czego w sumie pośrednio oboje chcemy. Bo czy w tym momencie jestem ja jako ja, czy jestem ja jako integralna część czegoś większego. Tracę tlen, ziemia ucieka mi spod stóp, chyba odlatuję. Chyba po raz pierwszy demonstruję mu tę siłę i determinację. I widzę, że nie ma szans, choć próbuje. W końcu nie wytrzymuję.

Spuszczam tylko głowę - czemu płaczesz? - nie wiem. - no powiedz, co się dzieje? - nie wiem.
Wkłada rękę w ten nieład, który zaistniał na mojej głowie. Ja paznokciami zdrapuję przestrzeń, która się pojawiła. Bezpieczna, próbuje żartować, że się rozmażę, ale milknie, gdy wciskam brodę w jego obojczyk, a mój niespokojny i urywany oddech patroluje to święte dla mnie miejsce, Czuję tylko palce wbijające się w moją łopatkę i objęcie, które tyle dla mnie znaczy. Po minutach ciszy w końcu podnoszę głowę, w moich oczach myślę, że kształtuje się jedna ogólna myśl, której nie muszę wypowiadać na głos.
To o tyle prostsze - nie musieć mówić, po prostu być. Bez presji, bez natrętnych myśli "brakuje nam tematów, katastrofa". Jedno tylko spojrzenie: nie boli - ale dlaczego w ogóle - rozumiesz, to takie graficzne, sztuka.

Prawda jest taka, że moja miłość jest brutalna. Pełno jest zadrapań, śladów po zębach, nieskrępowanych i niepohamowanych emocji, uniesień, jak i upadków.
Więc nie ma w tym nic dziwnego, że do domu wracam z kwiatami róż wykwitłymi na szyi; z mikrouszkodzeniami wszędzie, gdzie tylko natrafił jego zarost, z ustami nabrzmiałymi od miłości, tęsknoty i bólu.

You Might Also Like

0 komentarze