xx1666xx. Pedestal

19:45

W tym momencie siedzę przy długim stole z ciemnego drewna otoczonego rzędem czerwonych, skórzanych krzeseł, laptop stoi idealnie równo na białym bieżniku. Początkowo siedzę tak bardzo po swojemu, na precla; chwila, korekta; siadam prosto, a kręgosłup naciągam jak strunę; łopatki ściągnięte, nogi skrzyżowane w kostkach, jak przystało.
W chwili obecnej mam nieco ponad osiemnaście lat, zabawne, miałam nie dożyć tego wieku. Teraz planuję wystrój swojego gabinetu, przyszłego mieszkania w Krakowie, czekam, aż "mój człowiek" wyjdzie z pracy. To nie jest post o tym, jak wszystko jest tymczasowe czy o charakterze antysuicydalnym, o tym inni, mądrzejsi ludzie już pisali. Każdy ma swoje powody, swoje racje i wyjaśnienia. Nie mi w to wnikać. W różnych wersjach mojego planu miałam zakończyć swą egzystencję kolejno przed szesnastymi, osiemnastymi, a później stwierdziłam, że jeśli nie dostanę się na studia, to dwudziestymi urodzinami. Nie wyobrażałam sobie siebie jako osoby pełnoletniej; to życie nadal próbuje mnie na siłę zaskoczyć. Teraz, kiedy już przekroczyłam tę "magiczną" barierę nie wyobrażam sobie siebie jako dwudziestolatki, po prostu nie.
Czemu pozwalam sobie na taką szczerość? Zwyczajnie, bo mogę.
Czasem sobie siedzę i myślę "kurwa, ale ty jesteś popierdolona, lecz się", potem sobie przypominam, przecież się leczę. Borderline-srorderlajn. Mam ostatnio dużo stresu, za dużo stresu, żyję w permanentnym stresie. Cholera, cóż zrobić. Terapie, lekarze, leki; szczerze mówiąc chuja to daje tak naprawdę, podobno z tego powodu, że jestem zbyt świadoma. Jak zwykle jestem problemem sama dla siebie.
Ludzie mi mówią, że ja w życiu coś osiągam czy jestem bardzo ambitna i w sumie, że to takie super. Ja sobie chyba po prostu organizuję jakieś zajęcia, po drodze, która wiedzie do śmierci. Wiem, że umrę. Memento mori! Ale rzeczy nieuniknionych bać się nie powinno, puszczam oczko do Epikura. Mam to poczucie, że sensu nie ma, przynajmniej ja nie widzę, może dlatego, że go na siłę nie szukam, w rzeczach go pozbawionych. Jestem dekadentką. Paradoksalnie, czasem dobrze mi z tym wszystkim. Wspaniale z tym, że życie to jest jakiś idiotyzm, sensu głębszego nie ma, a moralność to kwestia sporna; że to wszystko prowadzi do niczego. Chyba się buntuję, nadal. Przeciwko wmawianiu, że każdy sobie musi znaleźć cel i odnaleźć sens. A teoretycznie, jeśli ja zdefiniowałabym swój cel jako rzępolenie na mandolinie przy zachodzącym słońcu to usłyszałabym, że jestem alogiczna, znaczy się, pierdolnięta.
Mimo wszystko jestem estetką. I nie lubię się nudzić, nie chcę. Więc robię sobie jakieś plany. Studia, samorozwój; to jest paradne! Lubię sztukę, matematykę, a filozofia jest interesująca. Może wszyscy umrzemy już jutro. Jeśli by się tak stało, to w sumie parę rzeczy mi wyszło. Ostatnie dziesięć lat siedzę w "cyferkach", które są moją pasją, widziałam wiele pięknych rzeczy, kochałam jak dzika; niektórzy nigdy tego nie będą mieli.
I tak bywają momenty, kiedy mam dosyć. I to jest właśnie jeden z nich. Topię się w mojej wspaniałości, więc biorę sobie wolne, czas na "quality me time" .
I tak jestem beznadziejna.
Żegnam do odwołania.
Nicole.

You Might Also Like

0 komentarze