xx1677xx. Dom

04:10


Trzydzieści parę minut później otwieram drzwi i jak zwykle, po chwili wiszę już na jego szyi, mieliśmy ostatnio trudne czasy, które były dodatkowo bardziej nieznośne przez, gdyż od wielu miesięcy żyliśmy w ogólnej idylli, bez większych nieporozumień, a słowo "kłótnia" odeszło w niepamięć, ale jak zwykle daliśmy radę. Jest 32 stopnie Celsjusza, a ja czuję dłonie, które ściśle przylegając do moich pleców ciągną mnie w swoją stronę. Myślę "dom", myślę "spokój". Jestem już chyba w pewien sposób znana z chaotycznego stylu życia. Z dziwnych pór egzystowania. Z zainteresowania zupełnie skrajnymi dziedzinami.  Z wielkich fal emocji mną targających, które potem odchodzą i zostawiają mnie już kompletnie obmytą z nich i zimną. Miewam momenty, okresy pustki emocjonalnej. A czasem tymi emocjami rzygam - można to zauważyć po tym, jak piszę. Bo pisać najwidoczniej muszę. Ale to taka dygresja od tematu. Kiedy żyje się w taki sposób, to nie ma za bardzo mowy o szumnie nazywanym poczuciu bezpieczeństwa, a bez niego jest zazwyczaj nikła szansa na poczucie komfortu. Chyba właśnie na tym polu ta moja bipolarność jest najbardziej męcząca. Mój umysł często zmienia miejsce, pozycję i dużo tworzy, to powoduje wzmożoną niestabilność. Trochę jak ze zdjęciem, możesz mieć świetny aparat, wspaniały widok, ale ręka ci się trzęsie, więc fotografia wychodzi nieco poruszona, może mieć to swój urok; ale rękę trzeba ćwiczyć. W każdym razie! Nie mam, nie czuję; takiego przywiązania stricte do miejsca. Mnie chyba zawsze najbardziej interesował klimat; impresje i ekspresje, ulotność chwili, nastroju. Ogólna efemeryczność życia. Podobno lubię ryzyko, życie na krawędzi, to i inne takie stwierdzenia wynikają z bardzo obszernego i podobno bardzo dokładnego kwestionariusza osobowości, który miałam okazję wypełniać. W tym przypadku mowa o stabilności jest chyba czymś paradoksalnym, a jednak. Jednak mogę się czuć bezpiecznie.
W pamięci wielu ludzi dom rodzinny jest właśnie tą ostoją pozytywnych wspomnień, czymś co się kojarzy ze spokojem i dobrem. Jest takie powiedzenie "your home is where your heart is". A dom rodzinny to przecież kopalnia radości, miłości, zrozumienia i akceptacji, nieprawdaż? Więc niby tam należeć winno nasze serce. Moje nie należy. Bo ściany to ściany, ludzie to ludzie. Czy będę obcesowa jeśli przytoczę inny, często źle używany idiom, w jego prawidłowej wersji?
“The blood of the covenant is thicker than the water of the womb.”. Więzi stworzone z własnego wyboru często bywają silniejsze niż zwyczajna genetyka. Tego się trzymajmy. Moje poczucie bezpieczeństwa ma dwie nogi i nieco ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Powinnam znaleźć je w sobie, zamiast w kimś innym, ale to jeszcze długa droga. Tymczasowo [choć w planach ten czas jest dosyć długi] ukojenie znajduję w człowieku. Do niego wracam z podróży i jemu wysyłam moje perypetie opisane w listach. Bo właśnie to jest dom. Gdzie ja jestem od początku do końca sobą. Wnętrze, w którym ja ujawniam swoje wnętrze. Miejsce, gdzie rzucam słowa, które niczym talerze roztrzaskują się o ściany i podłogę, które potem czule naprawiam. Gdzie chronię się przed burzą z piorunami, gdzie czasem ja jestem tym kataklizmem i niszczę od wewnątrz, a czasem to ściany są murem, przez który nie umiem się przebić. Ale sztormy zdarzają się rzadko. Coraz rzadziej. Przychodząc do Domu widać moje zmęczenie, moje rany, które pozostawiło życie, tak zwany ból istnienia, weltschmerz. Ale tam zapominam. Chcąc nie chcąc, będąc skrajną indywidualistką, z planami o zupełnej samowystarczalności, prawdziwie wolna poczułam się dopiero wtedy, gdy pozwoliłam się porwać drugiej osobie.
To uczucie, gdy coś mnie obchodzi...
Gdy nie chcę zepsuć. Gdy zastanawiam się czy mogę. Czy powinnam. Czy nie chcę zbyt wiele.
Ale podejmuję te decyzje. Czasem się obawiam. Ale w końcu to nieznośne pragnienie bierze górę. Tak było kiedy pierwszy raz, kiedy oczywiście, zupełnym przypadkiem, moja ręka znalazła się w takim położeniu by ją chwycił i mimo, że bałam się braku reakcji, i to najczęściej powraca przy tych wyborach, to za każdym razem, sukcesywnie mi udowadnia, że ja się nie muszę bać.
Tak, są rzeczy, których się boję. Boję się owadów, pajęczaków i w sumie nieco wysokości, a, zapomniałabym, jest jeszcze coś. Ale jestem już duża, sama zabijam owady, mimo, że jestem na skraju paniki jak coś wielkiego i czarnego na mnie usiądzie, trudno. W Grze o Tron, nieodżałowany Ned Stark w dyskusji z synem Brandonem stwierdził:
Bran - Czy można okazać dzielność, bojąc się jednocześnie?
Eddard - Tylko wtedy można być naprawdę dzielnym.
Proszę bardzo, lordzie Eddardzie, ja już potrafię być dzielna.
Mentalnie wbijam sobie paznokcie w dłoń [najlepszy sposób na uspokojenie since 2010] i pozwalam sobie robić to, co mi się podoba. To poddenerwowanie to chyba oznaka, że nadal i wciąż mi zależy. K mnie "zmusił"  żebym zaczęła się przełamywać i zrobiła coś ze strachem, który przez lata mnie paraliżował. Czuję się w końcu przez to dojrzalsza.
Więc mimo całego tego czasu, który się znamy, zwłaszcza po okresie sprzeczek pojawia się niepokój. Okazuje się, że nie muszę go czuć. Kompletnie pozbawiona strachu. Kyrie.

Jest trzydzieści kilka stopni, a powietrze stoi w miejscu, marzy się lodowiec, albo setka wentylatorów i klimatyzacja. Leżymy bez ruchu, złączeni, a właściwie zahaczeni o siebie kolanami. Z moich loków szybko zrobił się kok niemalże na samym czubku głowy, kolejny przywilej bliskiej znajomości - ja, w spiętych włosach, i to nie z powodu rozpalenia śródimprezowego. Pogoda nie sprzyja, ale nawet do największego gorąca można się przyzwyczaić. Zwijam się jak kot na poduszce z kotem i niczym kot obserwuję. Moja noga staje się swoistą klamrą, w której sam się zamyka. Wiem czyja jestem. Moja sukienka jest czarna, bo to jest jak swoisty pogrzeb tęsknoty, odległości, która powoduje nieporozumienia. Moja skóra jest biała niczym marmur, poprzecinana żyłkami, z lekką skazą gdzieniegdzie, powiedzmy, że nadgryziona przez ząb czasu, moim zdaniem to po prostu ślady życia. Tylko jak na taką ceremonię jesteśmy zbyt szczęśliwi. Za każdym razem odkrywam coś nowego. Tym razem był to sposób w jaki trzyma poduszkę, moją poduszkę; jedną ręką obejmując ją i wręcz przytulając do swojego policzka, a drogą przygarniając mnie ku sobie. I wczepiam się paznokciami. A oddechy stają się cięższe. Milczenie przerywa tylko delikatny śmiech i pytanie: czemu Ty jesteś taka... - zapalczywa. - kończę. Prawda, bywam gwałtowna, popędliwa. - Tak, właśnie, zapalczywa. Spokojnie, no już...
To nie bardzo leży w mojej naturze. Zostawiam ślady, jestem pierdolonym tornadem. I trzeba się mnie trzymać, bo odejdę. I nieważne jaka to pora, kiedy wsuwam palce w większą dłoń, a nasze palce niemalże się miażdżą to znaczy weź mnie taką, jaką jestem, ale również wiem, że przez to, że oboje używamy równej siły to działa to w dwie strony.
Jestem zaprzeczeniem kosmosu, i mimo, że nie powinnam, to się wstydzę. Bo ogląda mnie przez pryzmat przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. I kiedy sięgnął po segregator z moimi dyplomami, to poczułam się zawstydzona, bo to już nie ja. Część mnie, ale już nie ta definiująca, trochę śmiechu i różnych wspomnień powróciło, ale to już chyba nie to, co kiedyś.
Idziemy an papierosa, rozmawiamy o dopasowaniu. Niemalże można by powiedzieć, że jesteśmy zbyt różni, o nie, idealnie się uzupełniamy. Powinnam to zamieścić jako cytat.
Wracamy do łóżka. Jest Witkacy, Hłasko, Paryż i Islandia. Jest życie.
Chyba świecą mi się oczy. A jemu się świecą, gdy mnie słucha. Ożywcze.
Jestem w domu.

You Might Also Like

0 komentarze