xx1678xx. Januszu, dolej piwa.

21:49

Jak już pisałam, w zeszłą niedzielę poszłam sobie na kolację, trafiam do chatki pewnej pizzerii sieciowej, jako, iż nie ma miejsca w Rybniku, w którym pizza mi tak podpasowała, a że ochota na podwójny ser z serem i pieczywo czosnkowe sięgała zenitu, to mimo tłumu zdecydowałam się tam pójść.
Niedzielny wieczór to nie najlepsza pora na jedzenie dla osób lubiących samotność, albo jej poszukujących. Lokal pełny, gdzie nie spojrzeć - same rodziny. Mi się trafił stolik w przejściu. Praktycznie zaraz koło dużej kanapy, na której zasiadało [jak wywnioskowałam] 2 x (2+1).
Ogólnie to ja nie podsłuchuję, nie lubię jak ktoś ze stolika obok przysłuchuje się moim rozmowom, więc w myśl zasady "traktuj innych, jak sam chciałbyś być traktowany" nie nadstawiam ucha i nie próbuję wyłapywać co się dzieje obok. Mimowolnie czasem coś usłyszę, a zwłaszcza kiedy ktoś jest bardzo głośno...
Owe pizzerie mają promocję, chyba od czwartku/piątku do niedzieli, wieczorem jest jakiś upust na piwo, czy tam dzban piwa w jakiejś fantastycznej cenie, a może - pijesz ile chcesz, a płacisz raz? Nigdy się w to nie zagłębiałam, więc dokładnie nie wiem. Im więcej piwa szło, tym było głośniej. [pragnę zaznaczyć, że byłam tam około 40-45 minut].
Pierwszy raz zwróciłam uwagę, gdy dzieci zaczęły się praktycznie drzeć, chyba z ekscytacji, na oko obaj chłopcy mieli gdzieś koło 6-8 lat [naprawdę trudno mi określić, ja się na dzieciach słabo znam]. Z mojego miejsca nie musiałam się jakoś specjalnie wychylać, żeby widzieć, co się tam dzieje. W atmosferze wielkiego podniecenia dwóch ojców-założycieli swoich plemion, do szklanek po coli, nalewało piwa swoim dzieciom. Primo - nawet jeśli przyjąć, że okej, na skosztowanie, to czemu praktycznie całą szklankę, kiedy one, w tym lokalu mają może z 300-400ml? Secundo - wiek, w którym byli chłopcy moim zdaniem jest średnio odpowiedni do zaznajamiania ich z alkoholem, nawet z "głupim" piwem. Może to przez wzgląd na moje doświadczenie, ale sądzę, że jest na to lepszy czas, i miejsce chyba też. Ale nie o tym chciałam, wiadomo, to jest moje skrzywienie, nie przepadam zbytnio za dziećmi, czasem zdarza się wyjątek, ale rzadko.
Zajęłam się swoim jedzeniem i jakoś tolerowałam hałas płynący ze stolików obok. Byłabym hipokrytką mówiąc, że przekleństwa mi przeszkadzają. Kto mnie spotkał w poniedziałek rano, przed niemieckim dobrze wie, jakie mam wtedy nastawienie, a także, że ogółem, przeklinam nieco, choć wprawdzie dużo mniej, niż kiedyś [dzięki K]. Jednakże nadal nie rozumiem, że w niektórych środowiskach interpunkcji, a zwłaszcza stawiania przecinków uczą za pomocą słowa "kurwa", a kropką, która winna wieńczyć zdanie jest często "chuj". Albo "kurwa". No kurwa. I mimo, że naprawdę, od lubienia dzieci jestem daleka, bo po prostu najczęściej mnie irytują [taki smutny i zły ze mnie człowiek] to uważam, że za wychowanie dziecka trzeba być odpowiedzialnym. I nawet ja bywam odpowiedzialna za wychowanie cudzych dzieci. Jak znajduję się w ich towarzystwie - nie przeklinam, bo nie, nie chcę, żeby brały taki przykład; najebaną ciocią Nicole też bym być nie chciała, bo nieco wstyd, bardzo mi to nie grozi, bo jakoś nigdy nie miałam parcia na urwany film i torsje, ale w ramach takiego memento. Kultury też by wypadało dzieci uczyć, nie mówię o jakimś "dzień dobry" i "dziękuję", ponieważ to jest raczej dla mnie oczywistość. Może to jest moje "zboczenie", ale ja uwielbiam savoir-vivre. Serio, jak znajomy otwiera przede mną drzwi, no jeju, to miłe. Nie chodzi o to, żeby z dziesięciu metrów leciał i otwierał te wrota, ale jeśli ma okazję - dzięki, jesteś super.  Jak ktoś mi przytrzyma drzwi - człowieku, jesteś wspaniały. Kiedy w paryskim metrze, po koncercie, ledwo stałam na nogach, i już zaczęłam się ześlizgiwać po drążku, mężczyzna szybko chciał mi pomóc, pytał się jak się czuję i oferował mi swoje miejsce - dzięki, że się przejąłeś, to uprzejme. Kiedy widzę wdzięczność w oczach starszej pani, która, aby pokonać wysokie stopnie autobusu chwyciła się mojego ramienia czuję się fajnie. A wiadomo, że ja nie jestem miłą osobą. Jednak, mimo wszystko, kultura obowiązuje. Jestem miłośniczką dobrych manier, taka prawda. I choć czasem złośliwie rzucam do "dorosłych", a szczególnie starszych ludzi, najgłośniej drących się o szacunek, którzy tratują przy wchodzeniu do autobusu, "NAJPIERW SIĘ WYCHODZI", to jeśli chodzi o dzieciaki - jestem im w stanie to wybaczyć, bo bon-tonu się już nie uczy; nie ma także skąd wziąć przykładu, bo otoczenie jest dalekie od kulturalnego. Wywiesiłabym apel, ale takie rzeczy w tym kraju niczego nie dają, niestety. Jedynie - kiedy nadarza się okazja, to bawię się w moralizatora i prawię kazania. I uczę dzieci, cholera, bo uczę, głównie matematyki, ale życia czasem też.
Druga lampka mi się zaświeciła, kiedy głosy "rodziców" się podniosły, właściwie to jednej pary, tej bliżej mnie. Pan Mąż i Ojciec, przykro, że stereotypami, ale taki typowy Janusz, z wąsem, bardzo postawny, możliwe, że górnik, gdyż mówił o pracy na zmiany, a także, widać po nim było, że siły ma dużo. Pani Żona i Matka, o dziwo, jeszcze postawniejsza niż jej mąż, chyba ona była tym zapalnikiem, może to ona, może to jej rudy włos podziałał na Pana Ojca jak płachta na byka. Z tonu rozmowy, bardziej niż ze słów zrozumiałam, że zaczęło się podchmielone wyszydzanie pani żony. Nie dość, że publicznie, że przy znajomych, przy dziecku, to jeszcze w ogóle, słyszałam urywki jej jadowitych uwag, kiedy jej życiowy partner przeglądał coś w swym dotykowym urządzonku, w końcu nie wytrzymał i zagrzmiał "jeszcze jedno kurwa słowo, a będziesz miała odbitą klawiaturę tego telefonu na twarzy". Pięć minut później wróciły śmichy-chichy i dyskutowanie o tym, jak mężowie mając na rano, piją wieczorem sobie kilka piwek, i jedna kobieta, przez drugą wychwalały małżonków, jak oni to sobie mogą obliczyć - ile wypić, o której skończyć, by być rano trzeźwym. Idylla.
O co mi chodzi?
Że mi się nie podoba, bo to jest agresja. Z jej strony, z jego strony. Dzieci to oglądają, ale jakby miały, pardon my french, wyjebane. Bo to chyba codzienność. To mnie smuci. Minął już prawie tydzień, a ja, jak widać, zastanawiam się nad losem tych dwóch chłopców. Czy będą myśleli, że tak wyglądają związki? Czy agresja słowna przeradza się w czyn? Czy to także wyniosą z domu, albo czy do tego dojdzie w ich życiach? Martwię się losem mojego pokolenia, martwię się losem młodszych, bo oni często nie zdają sobie sprawy, albo zdają, gdy jest za późno. Mimo, że wszystko jest bez sensu [patrz: dekadentyzm], to ja myślę o tych ludziach, którzy spotykają się z jakąkolwiek agresją ze strony swoich partnerów [to, że żona wiecznie się drze i daje upust swojej frustracji na mężu, to według mnie też agresja, choć nie wiem jaka jest klasyfikacja]. Myślę o ofiarach gwałtu, bo to jest wynikowa przemocy; nauki, że można brać siłą, albo trzeba się nią obnosić, pokazać, że "nie" nic nie znaczy. Myślę też o alkoholu, bo kiedy usłyszałam, że picie 5-6 piwek w niedzielę przed telewizorkiem to jest niemalże tradycja, to się martwię. Nie chcę brzmieć jak hipokrytka, bo alkohol piję, a teraz przyznam, że zetknęłam się z nim za prędko, i to ze zbyt mocnym. Wprowadźmy więc nieco rozczarowania do tych górnolotnych rozważań - czasem najlepszy przykład nie jest w stanie "uchronić" dziecka, po latach to przyznaję. W moim domu alkohol wiązał się jedynie z uroczystościami rodzinnymi, czasem było wino w barku, a kiedy dano mi skosztować pierwszy raz piwa, to zaczęłam nim prychać; choć mama pozwalała mi pić szampana dopiero od 15ego roku życia, gdzie moje kuzynostwo w podobnym wieku robiło to od dawna, a i tak mnie to krępowało. Jednak będąc sama już nie miałam takich ograniczeń. To nawet nie środowisko, powtórzę za Laną "I was born bad [...] but my dark side's true". Ciężko mi osądzić w wielu przypadkach, co jest dobre, a co złe. Matka miewa o to pretensje i się boi o mnie, bo gdy powiedziałam, że w sumie co z tego, że moi ulubieni pisarze brali narkotyki. Brali, bo brali, koniec dyskusji, nie oceniam.
Jednak wiem, że agresja jest zła, przemoc jest zła, krzywdzenie bezbronnego człowieka jest złe, brak dbałości o pozytywne wzorce w życiu dziecka jest zły. Bo nawet jeśli nie wyjdzie, to w głębi serca wiemy, że się staraliśmy.
I kochane dzieciątka, kiedy mówię "wzorce", nie mówię o autorytetach, bo jak wiadomo, sama jest daleka od ich posiadania, są ludzie, którzy są inspirujący i motywują mnie do działania, ale nie dlatego, że chcę być tacy jak oni, tylko dzięki ich energii ja sama jej nabieram. Nie mówię o szacunku, a właściwie jego błędnym rozumieniu, ja tu wstawię grafikę, żeby ładny nagłóweczek był, ale post też powinnam napisać, bo długo go noszę pod kopułą. Sobie ładnie zobaczycie jak myli się te pojęcia.
A teraz Janusz, dolej mi piwa i chodźmy zatańczyć.
Ale trzymaj się z daleka.



You Might Also Like

0 komentarze