xx1698xx. Z pamiętnika atopika.

03:56

Fotos da Linha do tempo
Cierpię na atopowe zapalenie skóry. I cierpię jest tu bardzo właściwym czasownikiem. Mówiąc bardzo ostentacyjnie choroba ta jest bardzo wkurwiająca. Leczy się ją latami, a czasami całe życie. Pogarsza się przy stresie, bywa oporna i ogólnie, boli.
Boli. Swędzi. Szczypie. 
Czasem mam ochotę zdrapać z siebie całą skórę. 
I czasem nie mam ochoty wsmarowywać w siebie tuzina maści. 
Moja atopia ostatnio się nasiliła i mimo, że walczę z nią wszelkimi sposobami to z małego ogniska rozprzestrzeniła się na całe wnętrze prawego przedramienia, na lewym jest nieco lepiej, ale i tak to jest okropne.
Choruję od około siedmiu lat, początkowo żaden dermatolog ani alergolog nie wiedział co mi jest, jedynie szły pierwsze lepsze sterydy, i to na twarz, co jest jednym z największych błędów, za który mogłam przypłacić moją skórą. [We wczesnym okresie AZS atakowało moje łokcie, kolana, dłonie, lecz najczęściej policzki, czasem obrys ust, powieki]. Moja aktualna lekarka jest bardzo kompetentną osobą, zminimalizowała sterydy i wszystko było dobrze, tylko te ostatnie dwa-trzy tygodnie. Niestety pani doktor jest na wakacjach, toteż ja jestem, no cóż, w dupie. Nie wiecie co to desperacja, jeśli nie próbowaliście smarować się tłuszczem z borsuka przywiezionym z Ukrainy, w nadziei, że pomoże przy stanach zapalnych.  
Ktoś może wzruszyć ramionami - "to tylko kwestia estetyki, to tylko skóra". O nie, mimo powiewu ignorancji już tłumaczę: to nie jest TYLKO skóra, to jest AŻ MOJA skóra, w której ja żyję. Pamiętam dziwne reakcje otoczenia, kiedy nosiłam chociażby cienki sweterek, by ukryć łokcie w letnie dni, pamiętam wykrzywione miny i pytanie "czy to jest zaraźliwe?!" i tylko odrazę, i zniesmaczenie, kiedy informowałam, że nie. To moja skóra, z którą żyję na co dzień. To moje złe samopoczucie i częsty smutek, bywa, że i złość, bo niestety tak to czasem wygląda. Może to zabrzmieć próżnie, ale ktoś, kto nie miał problemu z chorobami skóry raczej tego nie zrozumie - ale to jestem ja, patrząca na swoje odbicie [zwłaszcza, kiedy zmiany pojawiają się na twarzy], czująca ból, bo tak, to boli, widząca opuchniętą, zaczerwienioną skórę, której chce się płakać, bo to, co widzi jest ohydne. Podczas jednego z ataków w pierwszej klasie liceum nie wychodziłam z domu tak długo, aż objawy się na załagodziły na tyle, bym je mogła ukryć pod makijażem. Bywało tak, że nie mogłam się napić kawy, ani niczego gazowanego, gdyż moje usta nie mogły znieść niczego ciepłego, tudzież wzbogacanego dwutlenkiem węgla, o jedzeniu nie wspominając. Te i inne sytuacje potwierdzają tezę, że AZS może się wiązać ze stanami depresyjnymi. Dla każdego, kto twierdzi, że to przesada mam zadanie - wyobrażenie sobie rzeczywistości, w której nie możesz spać w nocy, bo świąd jest zbyt silny; gdy czujesz się dziwny, a często i nieatrakcyjny przez wygląd swojej skóry, kiedy nie możesz jeść swoich ulubionych rzeczy, bo tak [u mnie, podczas nasilonych objawów, ostre/słone rzeczy kompletnie wypadają z menu]; gdzie czujesz się bezsilny, bo mimo wszelkich starań choroba nie odpuszcza, kiedy wiesz, że każdy większy stres zaowocuje nowymi ogniskami zmian, a Ty nic nie możesz z tym zrobić; kiedy musisz kombinować jak tu się poubierać, żeby nie było TEGO widać, co czasami oznacza długi rękaw przy niemalże trzydziestu stopniach; i ogółem, wyobraź sobie wstyd. Równie palący, co te pierdolone czerwone placki na Twojej skórze.


Mam okres nienawiści do tego. 
A w weekend mamy być we Wrocławiu...

You Might Also Like

0 komentarze