xx1705xx. Back to school - 2k15 Edition

23:53

Zaczynam klasę maturalną, jutro. Cholera, czas szybko leci, tak więc jeśli dziwnym trafem nie wiesz jak ogarnąć życie szkolne, ten post jest dla Ciebie. Porad udziela Nicole Majzner aka PrincesseChaos aka Leń w Szkole dla Geniuszy aka Wiceprzewodnicząca Przybytku dla Szukających Wiedzy, tak więc sami rozumiecie, człowiek, który zna się na rzeczy.
Jeśli dziwnym trafem jesteś wzorowym okazem prokastynatora to nie masz pojęcia w czym pójdziesz jutro, tj. 1 września, ubrany. Za to masz zrobiony peeling, gładką skórę i czekasz, aż włosy przeschną na tyle, by zakręcić je na wałki. Ano, i piszesz notkę żeby wypełnić czas, albowiem dopiero gdy zakręcisz włosy możesz zabrać się do malowania paznokci.
Z pewnością również Twój "sleep schedule" wygląda jak jeden wielki chaos - co mi tam, pójdę spać o czwartej, wstanę o 13, typowe yolo #guilty. Chęć do nauki na sprawdziany/zaliczenia i do wczesnego wstawania? Przepraszam, ale pierwszy kwietnia był dawno temu, a takie żarty nie są śmieszne.
Od pewnego czasu ów pierwszy dzień szkoły jest dla mnie dniem celebracji - kolejny rok udało mi się przejść do następnej klasy, a moje załamanie psychiczne jeszcze nie osiągnęło apogeum i jestem w stanie kontynuować edukację. Tak naprawdę to nauka to jest piękna rzecz, tylko system edukacyjny no cóż, pod wieloma aspektami, za przeproszeniem, dał dupy. Utarte powiedzenie, że "uczysz się dla siebie" jest prawdziwe, serio, bez cienia sarkazmu. Tylko, że tak skonstruowany program często odbiera nam radość, którą możemy czerpać z przyswajania nowych wiadomości. Ale do rzeczy - pierwszego września moim hymnem mogłoby być "Flawless" Beyonce. Z bardzo prostej przyczyny, nastawiam się, że oto ja, NM, wkraczam w nowy rok, pełen możliwości, mam na sobie jakieś "szałowe" wdzianko, zrobione włosy i idealny makijaż, nie zapominając o moich wspaniałych szpilkach, 10/10. To nastawienie czasami pryska, ale jestem zdania, że wiele zależy od naszego podejścia - teoria samospełniających się przepowiedni - jeśli myślisz, że będzie tragicznie - duże szanse, że właśnie tak się potoczą Twoje losy. Wiem, że to trudne, myśleć pozytywnie [zbliża się histeryczny chichot, gdyż mówię/piszę/radzę to ja, osoba z realizmem depresyjnym, ale tu mam rację dzieciątka, znam się na rzeczy, jak kogoś fascynuje fenomen depresyjnego realizmu to odsyłam do googla, będziecie wiedzieć, że rzadko się mylę w swoich osądach]. Jednak polecam takie drobnostki, które poprawiają humor - założenie ulubionych butów albo diamentowej kolii czy tam sukni z trenem. Whatever works - do it.
Zmęczenie - mi na bank będzie towarzyszyć, bo moje funkcjonowanie to jest paranoja, a K co chwilę robi mi mini wyrzuty "jak Ty się prowadzisz, zacznij o siebie dbać". Sądzę, że ma rację, ale jestem zbyt przekorna i skupiona na "celach wyższych", niż an przyziemnych potrzebach mojego organizmu - nie bierzcie ze mnie przykładu tutaj. Jeśli Wasz związek z kawą nie jest na "życie i śmierć" to polecam sen, sen jest okej, no chyba, że jesteście stworzeni na opak i Wasz mózg zaczyna działać na najwyższych obrotach około godziny 23-24, a szczytowa forma następuje mniej więcej gdzieś o 2-3, tak jak mi, wtedy macie problem i albo staracie się to zmienić [co jest trudne, a w moim przypadku niemożliwe], albo nie korzystacie z tego, albo przyzwyczajacie/uzależniacie się od kofeiny i niedoboru snu.
Nadmiar obowiązków. Co mam powiedzieć? Czasem weekend to imprezy od piątku do niedzieli, a czasem po 10h liczenia zadań ze zbiorków, I've been there, I know some shit. Nadmiar godzin lekcyjnych. Z tym mam problem - chroniczny wagarowicz ze mnie, a na słowa "historia i społeczeństwo" robi mi się słabo. Raz na jakiś czas to potrafi być odświeżające, lecz należy uważać, by nie weszło w nawyk [winna!]. Nadrabianie zaległości jest naprawdę irytujące, więc nie polecam, siedzenie nad książkami, zwłaszcza jeśli chodzi o nudne przedmioty to aktywność średnio przyjemna. Jednakże, zupełnie odradzam ucieczki z przedmiotów dla Was ważnych, w szkołach ponadgimnazjalnych "profilowych", czyli takich, z których będziecie zdawać maturę - no chyba, że z Was krypto-human na mat-fizie, a fizyka to nie Wasza bajka, wtedy proszę bardzo. Jeśli już jesteśmy przy przedmiotach, które kompletnie się Wam na nic nie przydadzą, nie macie z nich ważnych/obowiązkowych egzaminów, a ocena Wam zwisa - polecam takie lekcje przeznaczyć na odrabianie zadań z istotnych przedmiotów, tak, aby w domu mieć mniej pracy/więcej czasu na odpoczynek. Można też czytać lektury, albo po prostu wyłączyć się z życia na godzinkę/dwie, poczytać książkę albo sprawdzić feed'a na Twitterze. Jestem tutaj absolutnie szczera - o ile uwielbiam dowiadywać się nowych rzeczy, to niestety, niektórzy nauczyciele "niszczą" mi swój przedmiot sposobem, w jaki go wykładają, więc to, co mnie interesuje zgłębiam sama, a na ich lekcjach robię absolutne minimum. Jeśli jesteście chorobliwie ambitni, zwłaszcza w "swoich" dziedzinach, tak jak ja, chociaż u mnie to czasem przybiera nieco patologiczne formy, to pewnie spotkał Was dylemat - zwłaszcza, jeśli całe szkolne życie byliście dobrzy z wszystkiego, aż przyszła szkoła ponadgimnazjalna, "Zapierdalać jak nienormalny? Czy odpuścić sobie, żeby mieć jakieś "życie"?". To była dla mnie bardzo trudna decyzja, jednakże wybrałam opcje dwa, gdyż w pewnym momencie mojego życia zbierało mi się na płacz myśląc o tym, że nie jestem wystarczająco dobra, mam pięć sprawdzianów, większości materiału nie umiem i nie potrafię się nauczyć. Wasze zdrowie psychiczne oraz ogólne samopoczucie jest ważne. Moja szkoła znana jest z wysokiego poziomu, najlepsi uczniowie z okolic, wymagająca kadra, to może przytłoczyć. W pewnym momencie, w pierwszej klasie myślałam, czy by nie zmienić placówki, ale pomyślałam "to było Twoje marzenie, nie poddawaj się, nie musisz być najlepsza, ale walcz.". Oczywiście, że bywa ciężko - c'est la vie - ale takie przeżycia kształcą charakter.
Jeśli już jesteśmy przy osiągach, byciu najlepszym. O tak, tu mnie nieco skonfrontowano z rzeczywistością. Z uczennicy piątkowo-szóstkowej, bez wysiłku, zmieniłam się w "trochę" gorszą. Potem zaczęłam się starać, a też nie zawsze wychodzi. Mój przykład obok, rozwiązuję sobie zadanka na platformie Brilliant i co? Dobry wynik, ale zbyt szczegółowy podałam. Zdarza się. I trzeba nauczyć się z tym żyć. Jak mówiłam, jestem cholernie ambitna, żądna sukcesów i osiągnięć, ciągle pragnąca rzeczy wielkich, więc wiem jak bolesne potrafi być to przeżycie. Bywa, że poświęca się wiele czasu i siły, a efekty są marne. Jednakże, coś w stwierdzeniu "nigdy, przenigdy się nie poddawaj" jest prawdziwe. Po latach przyznaję to, choć są dni, kiedy najchętniej pierdolnęłabym wszystkim i zakopała się pod kołdrą. 
Co jeszcze mogę pokazać? Nieco z  moich szkolnych zakupów. Nigdy nie byłam bloggerką, która usiłowała ukazać swoje życie jako porządek na białym tle. Nie jestem taka, podpisuję się PrincesseChaos biatch, więc będzie chaos. Moja sypialnia przemieniła się w biuro, jestem na tym etapie, że mam na biurku jeden laptop, drugi przy nogach, a na komodzie za mną stoi przytachana z innego pokoju drukarka - jako kobieta nieopisanego sukcesu potrzebuję jej o trzeciej w nocy czasem, a głośne to to jest, że boje się, że rodziców obudzi.
Jak na załączonym obrazku, to moja komoda za biurkiem obstrojona drukarką, zeszytami, kalkulatorami, cyrklami, segregatorami, zeszytami, spinaczami, przyborami piśmienniczymi, oraz całą resztą rzeczy, które mi są NIEZBĘDNE do funkcjonowania [nie ujęłam kolekcji fiszek, które mam na biurku, oraz jeszcze trzech siatkowych pojemników, tak, mam obsesję, tak, kocham przybory do pisania/papiernicze]. Z pewnością motto zamieszczone na moim zeszycie, w moim ulubionym ostatnio formacie [przejęty od Domisi i Gosi] B5 {najlepszy format dla matfiza, polecam, N Majzner}. Uwielbiam go, ten przekaz, planuję jeszcze dokleić tam leniwca, tak, ażeby owa mądrość życiowa była kompletna. Jak zwykle też kupiłam za dużo zeszytów, ale nie mogłam się powstrzymać, bo miały urocze okładki - co z tego, że A5 to format, który chyba najmniej lubię [ach te dywagacje o wielkości kartek papieru], gdyż kiedy czytam notatki to są one dla mnie zbyt ... rozlazłe? 
Jednak przydatne na usprawiedliwienia, kartkówki, nudę, robienie list, brudnopis, udawanie, że się ma zeszyt z fizyki, zastosowań można znaleźć wiele. A jeśli już skończą nam się pomysły, to zawsze możemy się walnąć w głowę, tymi z twardą okładką - zwłaszcza, kiedy dostajemy do rozwiązania zadanie z fizyki, które chyba jest po chińsku.
Inne zakupy jakie poczyniłam to na razie dwa segregatory - jeden standardowy rozmiar, w motyle, służy aktualnie jako miejsce, gdzie staram się ogarnąć moje notatki z polskiego - misja trudna, żmudna i męcząca. Oraz drugi, który miałam jeszcze w torbie - wąski, typowy binder, z czterema obręczami, myślę, że będzie dobry na bieżące sprawy.
Jak widać powyżej, milion cienkopisów, zakreślaczy - to się naprawdę przydaje; wyżej wspomniane fiszki - dzielenie materiału/zaznaczanie ważnych pojęć jest genialne, zawdzięczam to Dominice, gdyż wcześniej byłam zbyt leniwa, by o tym pomyśleć, bo przecież co mi da, że definicje/wzory mam na kolorowo, a twierdzenia mogę znaleźć po prostu otwierając na opisanej zakładce? Kto by pomyślał, że to może ułatwiać życie? Nie ja, ale się nauczyłam, 10 punktów dla Radlina. Z innych rzeczy okołoszkolnych, którego mogę polecić, bo wiem z autopsji, że działają to kalendarz. Ja lubię papierowe, bo mimo wszystko jestem nieco retro/hipster i lubię sobie piórem coś naskrobać, że idę do lekarza, albo kiedy i z czego mam sprawdzian. 
Na pewno pomaga się lepiej zorganizować; kiedyś byłam bardzo roztrzepana, teraz mam wszystko pod kontrolą, a mój wybiórczy Alzheimer zniknął. Z pewnością się przydaje, im wcześniej tym lepiej, bo wyrabia nawyk planowania i ogarniania rzeczywistości, a co jak co, to się przydaje.
Tak ja oswajam szkołę, wprawdzie jest 23:52, więc wakacje kończą się nam, uczniom za parę minut, ale kij z tym. Ważne, że zdążyłam się z Wami podzielić tym wszystkim.
Powodzenia!








You Might Also Like

0 komentarze