xx1710xx. Blues klasy maturalnej//plastikowe uniwersum blogowe.

22:13

Jak z postami jest - każdy widzi, jednakże, szczerze mówiąc, nie myślałam, że ten rok szkolny będzie tak meczący. Podejrzewałabym się o wzmożone lenistwo, gdyby nie fakt, że z kim bym nie rozmawiała, wszyscy mamy te same symptomy.
W ramach wstępu jeszcze dopowiem, że jest to nieco chore. Mamy 11 września, a gdyby poszło wszystko zgodnie z założeniami byłabym po dwóch sprawdzianach z matematyki, zaliczeniu z epoki, teście z fizyki, kartkówce ze słówek [i wizją kolejnych w każdy poniedziałek] i speechu. Na szczęście fizyka i jeden sprawdzian z matematyki są w przyszłym tygodniu. A, kolejny sprawdzian z prawdopodobieństwa będzie w piątek, tak wiec dwa na przyszły tydzień. Nie zapominając o kolejnym sprawdzianie z polskiego. I pytaniu z angielskiego, z zestawów maturalnych, zapowiedzianym na wszystkie lekcje, aż do odwołania. Przypominam, jest jedenastego września, dni nauki było siedem. W międzyczasie policzyliśmy już ze setkę zadań. Chyba tylko biolchemy mogą nas na ty polu przebić, bo z dnia na dzień mają zadawane po kilkadziesiąt zadań.
Do normalnego planu zajęć doszły mi 4h "kółek", na które uczęszcza się "dobrowolnie" [i na chodzenie z nich będziemy od poniedziałku rozliczani, jak z normalnych lekcji]. Opuściłam na razie dzisiejszy angielski, bo fakultety o 7:10 brzmią strasznie, a ja jeszcze nie jestem do końca zdrowa. Jednakże, przyjmuję je bez szemrania, to dla mnie dodatkowe godziny zajęć z przedmiotów, dla mnie, wiodących. [Fizyki nie liczę, bo wiadomo, że to nie moja bajka.]
Abstrahując od mojej grypy żołądkowej, pod której znakiem upłynął mi ten tydzień - jestem wykończona, sypiam albo 3h albo 10h. Nic pomiędzy. Zjada mnie stres, dopiero sobie zdałam sprawę z tego, na co się piszę chcąc zdawać rozszerzona maturę z polskiego, a także z matematyki, no i angielskiego.
Co to jednak ma do rzeczy? Ano, prowadzenie bloga, kiedy twoje życie to sen/szkoła/nauka nie jest proste. Miewam jakieś przebłyski tematów, ale sił mi brakuje. Jest opcja pisania w weekendy, w tych drobnych chwilach, które mam dla siebie, bądź też, które mogę przeznaczyć na internet i takie tam i robienie kolejek postów, aby aktualizacje były w miarę regularne, ale:
a) pisanie kilku notek ciągiem powoduje, moim zdaniem, pewien rodzaj "zlania się". Odrębność tekstu, według mnie, zostaje zniwelowana i czytając trzy posty ma się wrażenie, ze to ciągle jeden i ten sam, tylko w kilku odcinkach. Mi jednak zależy na jako-takiej świeżości, którą nawet teraz czasem ciężko mi osiągnąć, gdyż wypracowałam już pewien "swój" styl i owszem, mam swoje przyzwyczajenia i nawyki. Myślę, że teksty, które tworzę można rozpoznać nawet jeśli nie są podpisane. Z jednej strony to całkiem dobre zjawisko, jednakże z drugiej boję się, że grozi mi powtarzalność; pewien rodzaj "cliche" tudzież emploi, od którego nie będę mogła się uwolnić.
b) po statystykach widzę, że posty zyskują swoje wyświetlenia dopiero po udostępnieniu przez twittera, który połączony jest z fanpagem, a wątpię, że będzie mi się chciało wchodzić tu tylko po to, aby kliknąć share.
c) w karierze każdego blogera pojawia się ten moment, kiedy marzy mu się posiadanie zaangażowanego grona odbiorców, są dwie, może trzy opcje - albo podłączasz się do większego portalu, i jest członkiem grupy twórców contentu, albo wybierasz coś, co jest teraz modne w blogosferze i na tym opierasz swoje "pisanie", albo trzecia opcja - zostajesz na tej offowej ścieżce i w sumie zastanawiasz się czy Twoje pierdolenie i wysiłek, który wkładasz w to napierdalanie w klawisze ma sens.
Owszem, marzy mi się sieć czytelników, którzy ze mną rozmawiają, dyskutują, inspirują, ale jestem niszowa. Nie będę tu wstawiać zdjęć szmatek, które mi się podobają, czasem pokażę, co mi tam kurierzy naznosili, ale to bardziej takie infoposty, a nie główna treść. Nie będę na siły robiła z siebie weganki, bo chociaż mam epizody weganizmu, to znawcą nie jestem, ani nie robię tego z powodów światopoglądowych. Ze mną jest ten problem, że ja jestem zbyt prawdziwa i nie chcę udawać; too raw; nudzą mnie blogi, których jedyną zawartością są ubrania i kosmetyki, zwłaszcza w wykonaniu ludzi, którzy się na tym nie znają i pierdolą głupoty. Jestem dzieckiem wychowanym na fashion tv, america's next top model, jako dziesięciolatka kupowałam "Twój Styl" - gimby pewnie w większości nie znają - jedno z bardziej kultowych polskich pism o modzie, z podróży przywożę sobie Vogue'i, i wiedziałam kim jest Carine Roitfeld zanim na jaw wyszły jej skandale, ale co ja tam wiem, ważne, że nowa kolekcja Gutenberga [tak, Jana] była świetna, bardzo nowoczesna. Nie krytykuję wszystkich blogerek modowych/urodowych, bowiem sama znam, odwiedzam, oglądam takie, które merytorycznie nie mają sobie równych, piszą/mówią ciekawie, a nie utartymi frazesami i mają jakiś pomysł na to, czym się zajmują. Nie lubię bycia odtwórczym po prostu.
Nie będę się zajmowała blogiem fandomowym, gdyż nie czuję się jakoś do tego specjalnie powołana, poza tym, mam czasem takie uczucie dinozaura. Nie znam nowych, "gorących" zespołów, moje oczy przybierają wielkość pięciozłotówek, kiedy piosenki, których namiętnie słuchałam w 2007-2009 są powoli nazywane klasykami; nie znam się na kulturze młodzieżowej - wyjątkiem są dwie ostatnio popularne serie - "Igrzyska" i "Niezgodna" - czytałam książki, wiem, że są filmy. Nigdy nie czytałam książek Johna Greena, nie mówiąc o oglądaniu filmów na ich podstawie, o tych rzeczach wiem jedynie z tumblra/facebooka. Kultura popularna targetowana na młodzież mi przestała odpowiadać, po prostu. Niby jestem jej częścią, ale się nie czuję; jakoś sprawia to, że czuję się staro.
Nie jestem nastawiona na mody, może to mój "błąd". Jednak, nie chciałabym takiej "sławy", o ile tak można nazwać to zjawisko. Nie chcę pustych "komci" o treści oscylującej wokół monosylab, albo, maksymalnie, zdań pojedynczych okraszonych adresem bloga i "obs za obs".

Chciałabym, żeby moje pierdolenie miało sens. Żeby czasem ktoś przeczytał i pomyślał "o, to interesujące", albo "nie pomyślałem o tym w ten sposób", fajnie jest prowokować do myślenia.
Fajnie.

You Might Also Like

1 komentarze

  1. twoje p....e ma sens i nawet nie wiesz jak wielki... - może nie masz setek i milionów stałych czytelników, ale ja czytam... nie codziennie, ale czytam - i widzę sens, inspiracje - i takie tam...

    OdpowiedzUsuń