xx1720xx. Czemu ukradkiem patrzysz na moje blizny? *triggering*

23:59

Mam dużo blizn. Począwszy od twarzy - przy końcu lewej brwi mam bliznę po ospie, na czole, które sobie rozcięłam w dzieciństwie, na brodzie, pod brodą, na plecach, na zwieńczeniu moich pleców [hehe], na kolanach, łydkach, rękach, dłoniach. Dosłownie - na prawie każdej części ciała mam bliznę. Jest to wynikowa paru spraw: jestem niezdarna [patrz jedna z najświeższych - na prawej łydce], pcham ręce do ciepłego [blizna na prawej dłoni], ulegam wypadkom [blizna na plecach], nie uważam [blizna na lewym kolanie, spowodowana zabawą z urządzeniem do wytwarzania pary, w wieku lat 4]. Gdybym chciała je wszystkie zliczyć to wyszłoby spokojnie kilkadziesiąt. Pochodzenie niektórych z nich jest wiadome na pierwszy rzut oka. I o ile nie wstydzę się tego, że jestem pokiereszowana, to nie lubię, kiedy ludzie się na nie gapią.
Pierwszy raz nieswojo się poczułam, kiedy latem będąc w sukience ludzie gapili się, na wtedy jeszcze dosyć brzydką i czerwoną, bliznę po starciu z antyramą, na łydce - raczej mało estetyczne zjawisko, lecz nie będę w 40 stopniach Celsjusza nosić długich spodnich, błagam o wybaczenie, za to, że śmiem psuć tym widoki.
Drugi raz poczułam się nieswojo, gdy ktoś uporczywie wpatruje się w moje przedramię - czasem jest to tylko wzrok, bywa, że dochodzą szepty; chyba przywykłam, ale nie jest to nic przyjemnego. Jednakże, o czymś ludzie muszą mówić. Bywa, że się mnie pytają - "CO SIĘ STAŁO?!?!?!". Zazwyczaj odpowiadam, że nic, bo o ile czasem opowiadam anegdotkę o starciu mojej prawicy z piekarnikiem, tak o paru bliznach [zwłaszcza tej na dole pleców] nie lubię mówić. Są, bo są, na chuj roztrząsać. 
Czego chciałabym dotknąć? Bo oczywiście natchnieniem do tego posta nie było parę szram na ręce, które spotykają się z dezaprobatą społeczności. Przejdę do rzeczy, ale kontynuujmy ten przydługi wstęp.
Na początku, po pierwszych diagnozach, które miałam w wieku 15 lat wstydziłam się tego, że jestem inna, chora, może gorsza? Ukrywałam ten fakt, i nie mówiłam o nim głośno, prawie nigdy, prawie nikomu. Moja "przygoda" z działaniami autodestrukcyjnymi zaczęła się jednak wcześniej, koło 11-12 roku życia. I mając na myśli autodestrukcję nie ograniczam tego pojęcia do autoagresji, ranienia siebie. Spójrzmy szerzej.
Wikipedia definiuje to tak:
Autoagresja (psychologia)
Autoagresja – działanie mające na celu spowodowanie sobie psychicznej albo fizycznej szkody.
Typy autoagresji:
bezpośrednia – gdy dochodzi do samookaleczenia, samooskarżania
pośrednia – gdy jednostka prowokuje i poddaje się agresji innych oraz:
werbalna – polega na zaniżaniu własnej samooceny, samooskarżaniu się, obarczaniu się winą i samokrytyce
niewerbalna – to samookaleczenia, uszkadzanie ciała
Zachowania autoagresywne:
Samouszkodzenia / samookaleczenia – działania skierowane na uszkodzenie ciała, niezagrażające życiu.
Próby samobójcze / samobójstwa dokonane – działanie autodestrukcyjne, którego rezultatem jest pozbawienie siebie życia.
Definicja według mnie niepełna, znalazłam inną:
Autodestrukcja
– to dobrowolne podejmowanie zachowań niekorzystnych, bezpośrednio albo pośrednio zagrażających naszemu zdrowiu lub życiu. Różne są kryteria klasyfikacji zachowań autodestrukcyjnych. Ze względu na prawdopodobieństwo wystąpienia szkody, wyodrębniamy mocne formy autodestrukcji – czyli bezpośrednio zagrażające zdrowiu i życiu, formy łagodne oraz takie, które potencjalnie szkodzą, ale też przynoszą różne korzyści. Do mocnych form autoagresji należą: samobójstwo, samookaleczenia, uzależnienia (od substancji aktywnych) oraz autoagresywne formy odżywiania (anoreksja i bulimia). Łagodne formy to uprawianie hazardu, zakupoholizm, uzależnienie od sieci. Zachowania autodestrukcyjne, które mogą nam czasem przynosić korzyści to: samoutrudnianie czyli rzucanie sobie kłód pod nogi lub sztywne uporczywe zachowania. Te ostatnie rodzaje zachowań zalicza się do autodestrukcji pośredniej, gdzie istnieje dystans między zachowaniem a jego szkodliwymi skutkami. Do tych form autodestrukcji Anna Suchańska zalicza seryjne niepowodzenia i porażki na własne życzenie, bezradność i rezygnację z działania, zachowania ryzykowne i impulsywne, uleganie pokusom, zaniedbania (np. zdrowotne). Czasem przynoszą one doraźne korzyści, ale gdy uruchamiane są bez względu na koszty – stają się autodestrukcją.

Powodem autodestrukcji mogą być przekonania, które działają jak samospełniająca się przepowiednia, negatywne emocje, błędna ocena prawdopodobieństwa możliwych szkód oraz niskie poczucie własnej wartości.
To dla mnie pełniejszy obraz - autodestrukcja to nie tylko samobójstwo, okaleczanie się.
W czasach gimnazjalnych miałam problem m.in. z uzależnieniem od kofeiny - kończyło się to na dniach, czasem nawet do tygodnia, kiedy nie spałam, w ogóle. Chyba nie muszę mówić, że to wyniszcza. Dodajmy do tego jeszcze resztę używek, z którymi miałam wówczas styczność i co nam wychodzi? Autodestrukcja/autoagresja.

Każde działanie, świadome, które wyniszcza nasze zdrowie jest pewnym aktem autoagresji - duże ilości alkoholu, z wysoką częstotliwością [nie mówimy tutaj jeszcze o alkoholizmie] to autoagresja; brak snu, wycieńczanie się tym samym do granic możliwości - autoagresja; głodzenie się/inne zaburzenia odżywiania - autoagresja. Czytałam kiedyś - teraz nie umiem tego znaleźć, coś, co dało mi do myślenia. Autodestrukcja przejawia się nie tylko w takich quasioczywistych rzeczach - czasem to nadmierne ryzykowanie, balansowanie na krawędzi życia i śmierci - celowo nieuważne przechodzenie przez ulicę [a nuż coś mnie potrąci], czasem to patrzenie z wysokich miejsc w dół i lekkomyślne zachowania [a może spadnę].

Pojawia się pytanie: dlaczego? Tutaj mogę mówić tylko za siebie. Moją pierwszą diagnozą była depresja, potem afektywna jednobiegunowa, z ukierunkowaniem na stany depresyjne, domniemania o dwubiegunowej, a także i borderline. Co mają wspólnego - wszystkie w pewnym momencie dotyczą postrzegania własnego ja. W pewnym momencie masz przekonanie, że powinieneś cierpieć, że ból/smutek związany z tym, co na zewnątrz to nic, a jedyną osobą, która będzie wiedziała, co naprawdę zaboli, jesteś ty sam. Czasem chcesz się ukarać, a czasami to jedyne ujście dla emocji. Czasami się dysocjuję, to dziwne uczucie, raczej o tym nie mówię, w sumie nie powiedziałam wprost nikomu. Jak mam wytłumaczyć, że jestem, ale tak naprawdę mnie nie ma. Patrzę gdzieś z odległej orbity i nie podoba mi się, co widzę, bo nadal za mało osiągam, nadal jestem daleko od tego, gdzie chciałabym już być. I to prowokuje.

Pytanie: jak żyć z taką osobą? Nie wiem jak K ze mną żyje, więc pytanie nie do mnie. On zna dokładne powody każdego jednego razu, żyję z nim w zupełnej szczerości, choć jest to trudne, dla obojga, lecz myślę, że dla mnie bardziej - nauczyłam się świetnie mamić ludzi pozorami. Każdy z *nas* prędzej czy później się tego uczy. Czasem patrzy na to i pyta "dlaczego musiałaś to sobie zrobić?". Właśnie dlatego, bo czułam, że musiałam.

Więc tylko taka jedna prośba - jak będziecie widzieć czyjeś blizny/podejrzewacie, że gdzieś tam są to kurwa się nie gapcie, bo to nie jest w porządku. My się nie gapimy na czyjeś piegi czy znamiona i nie pytamy "czemu tu są?!". Nie pytaj, chyba, że osoba sama zacznie temat, albo jesteście ze sobą blisko, ufacie sobie, przyjaźnicie się czy coś. A jak usłyszysz "nic"/"nie drąż" to w 9/10 przypadków tak właśnie masz zrobić.

You Might Also Like

3 komentarze

  1. nie zgadzam się z tobą!
    po pierwsze wydaje ci się że *wy* (posiadacze blizn z BDP?) jesteście jedynymi obiektami obserwacji - bzdura!
    ludzie gapią się na wszystko, wszystkich i wszędzie i klepią o tym jęzorami a ich reakcję na to co widza są prymitywne (tak jak zostali nauczeni przez telewizję śniadaniową...)
    problem polega na tym, że ty zauważasz to gapienie się... zauważasz z jakiegoś powodu - poczucia winy? po cholerę do tego przywiązujesz wagę? olej to!
    dam ci perwersyjny, kontrowersyjny przykład: ubierz się w sukienkę, taką powiedzmy "mała czarna" czy coś w tych klimatach - whatever - ale nie ubieraj majtek - tak: idź na miasto w normalnej sukience ale bez majtek i ... obserwuj ludzi oraz swoją reakcję; pewnie wiesz co mam na myśli, ale powiem łopatologicznie: ludzie będą na ciebie zwracać uwagę, będą to robić dokładnie tak samo jak zawsze, będą zwracać uwagę na ciebie tak jakbyś miała te cholerne majtki, ale różnica będzie tkwić w tobie, twoim odbiorze ich gapienia się na ciebie - oni nie będą mieć pojęcia o niekompletności twojej garderoby, ale ty ich wzrok będziesz odbierać w tym właśnie kontekście, tj. będąc przekonana o tym że oni wiedza i widzą...
    tak jest też z twoimi bliznami - masz z nimi poczucie winy, czujesz się oceniana, czujesz że jak ktoś patrzy na blizny to krytykuje twoją niezdarność, nieostrożność, ...
    a może to tylko taka fasada?
    zacytowałaś obszernie wikipedię odnośnie autoagresji... - brakło mi tam (albo mój wzrok/umysł nie odnotował) zrozumienia (i jasnego podkreślenia) kontekstu w jakim występuje niepotrzebne ryzyko, szkodzenie swojemu zdrowiu (np. alkoholem, czy w inny sposób) - najważniejsza jest celowość tego działania - nadzieja (?) na to, że zamierzona (!) nieostrożność która może zaszkodzić ci fizycznie może przypadkiem zaszkodzić trochę bardziej...?
    no właśnie - czy przypadkiem jak ktoś patrzy na twoje blizny czy nie uruchamia w tobie mechanizmu poczucia winy związanej z tą blizną? wyłącz ten mechanizm i pozwól się gapić na blizny... co ci szkodzi? ;) to tak jak z tym brakiem majtek - może ktoś przypadkiem faktycznie zauważy ich brak (albo nawet zobaczy to co powinny zakryć) - no to co z tego...?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Latem było dziwnie - więcej krytycznych spojrzeń zebrała moja łydka, bo faktycznie, rozcięcie było głębokie, długie i ciemne, a więc w zestawieniu z moją praktycznie mleczną skórą roni wrażenie, aniżeli moje lewe przedramię, choć wygląda jak po starciu z gangiem dzikich kotów. I to mi się nie spodobało, bo jakim prawem ktoś uporczywie gapi się na moją nogę i swoją zniesmaczoną miną daje mi do zrozumienia, że nie powinnam tego pokazywać. Przepraszam bardzo, nie chciałam sobie rozwalić nogi antyramą!
      Nie lubię plotkarstwa, nie lubię tych szeptów za plecami, bo przypominają mi o tym w jak idiotycznym świecie przyszło mi żyć - persona ze mnie taka, co konfrontuje, m.in powyżej jest tego przykład. Niby nic z tego, ale przez fakt "odchyłu od normy" będę inaczej postrzegana; nie będzie się liczyło to, co mam do powiedzenia, co wiem, jakim człowiekiem jestem tylko: "o, to ta z bliznami".
      Poczucia winy nie mam, odkrywam je, kiedy są ledwo zasklepione; czasami myślę o nich, jak o paskach tygrysa, któremu wydawało się przez chwilę, że jest zebrą. Nawet najgroźniejsze drapieżniki miewają chwile słabości, w końcu tylko pretendujemy do bycia doskonałym, a to długa droga.

      Usuń
  2. ponownie pozwolę sobie niezgodzić się pewnymi tezami...
    ludzkość zawsze będzie się gapić na szramy na twojej łydce w niesmakiem...
    ta sama ludzkość będzie się gapić na twoją łydkę latem na drugi rok śliniąc się przy tym z zachwytu (pod warunkiem, że nie zaliczysz kolejnej antyramy lub czegoś równie ostrego...)
    zawsze się będą gapić!
    pytanie: przeszkadza ci to, że się gapią czy że mają głupi wyraz twarzy?
    bo idiotyczne mysli będą mieć zawsze... (kwestia tylko kategorii idiotyzmów)
    i tłum będzie zawsze starał się cię sprowadzić do znanych mu stereotypów i wzorców - tłum dąży do jednolitej, beznamiętnej i nudnej nijakości - nie pozwól by cię wchłonął - bądź sobą!
    tu mała uwaga: nie możesz przesadzić w drugą stronę, bo rozwścieczysz tłum i będzie chciał cię unicestwić;
    w mojej ocenie (i doświadczeniu - a mam go ponad 2x tyle co ty) sztuka życia polega na trzymaniu tłumu w bezpiecznej odległości - trzeba być kimś jak lew otoczony stadem hien - to ryzykowna gra, ale odpowiednio rozegrywana daje duże szanse na przetrwanie

    OdpowiedzUsuń