xx1727xx. Tragizm

15:16

Pierwsze sygnały, które powinniśmy odbierać jako alarmujące, są zazwyczaj za ciche. Chroniczne zmęczenie, przyłożenie głowy do poduszki skutkujące natychmiastowym zasypianiem [choć dla mnie, jako osoby walczącą z bezsennością od kilku lat, powinna to być ulga], bóle stawów, czasem mięśni.
Potem wychodzisz, piękna, wystrojona, tylko po godzinie w ulubionych szpilkach, w których kiedyś mogłaś być w ciągłym ruchu przez cały dzień, noc, a o poranku ochoczo wracałaś do domu, powodują ból kręgosłupa.
Następnie spotykasz kogoś, kogo nie widziałaś dobrych sześć lat - mówi ci, że zrobiła się z ciebie piękna kobieta, a ty uśmiechasz się i nieco ochrypniętym od alkoholu i papierosów głosem dziękujesz, uśmiechasz się, i tanecznym, lekko chwiejnym krokiem przemierzasz salę.
Odkładasz płaszcz i myślisz "cholera, czemu tu jest tak głośno?" w połączeniu z "chyba lepiej by było, gdybym była w domu.", choć jest dopiero 22, a ty zawsze przesiadywałaś do rana.
Piękna kobieta, na którą wyrosłaś w końcu wraca do domu, po drodze śpiąc w aucie. Głowa ją boli, a żołądek upomniał o panującej między wami zasadzie - pijesz? nie jedz. [kompletnie odwrotna do tej, której przestrzegają inni ludzie, ale co tam, ty zawsze byłaś inna i twój żołądek zalany wódką nie zniesie konkurencji o pole do dalszej ekspansji z jakimś idiotycznym jedzeniem]. Złorzecząc na swoją zgagę i poczucie ciężkiej głowy w końcu zrzucasz te cholerne buty i cicho stąpasz, by nikogo nie obudzić. Następnie z furią zdejmujesz rajstopy, które o dziwo, nadal cię wkurwiają, bo oczywiście muszą się zsuwać. Sukienka ląduje na krześle, a ty po ciemku idziesz się kąpać, gdyż budzenie się w oparach alkoholu ulatującego przez twoją skórę przyprawia cię o mdłości [autopsja!]. Nie patrzysz w lustro, cóż byś tam zobaczyła? Nieco rozprostowane, zmierzwione włosy, które parę godzin wcześniej były całkiem niezłymi lokami? Złoto osypujące się z powiek? Czy może cień jeżynowej szminki, którą dawno temu zmyłaś za pomocą kilku [?] nastu [?] kieliszków. Właśnie, kompletnie straciłaś rachubę. Ile tego było? Kto by liczył? Raczej nie więcej niż zwykle, w końcu twój organizm zawsze miał niezłą tolerancję. W każdym razie, włosy zostawiasz do umycia na rano, po prostu ci się nie chce. Makijaż zmywasz szybko, chusteczkami z płynem micelarnym, w końcu o skórę trzeba dbać.
Zasypiasz.
Budzą cię lekko pulsujące skronie i chęć czegoś zimnego do picia. Jest coś koło piątej rano, wracasz z butelką coli, pijesz z gwinta myśląc o życiu, a raczej mając wielkie, czerwone "jakim cudem jestem w takim stanie?!" na czole. Czujesz pizzę zjedzoną dobre osiem godzin temu i jest ci źle, idziesz do łazienki, z zamiarem umycia włosów i widzisz siebie w lustrze.
A raczej widzisz wcielenie tragizmu. Z sianem na głowie, resztkami tuszu i upierdliwego brokatu tworzącego obraz galaktyki w połączeniu z sińcami pod oczyma. Skóra jest przesuszona, ma odcień ziemisty, gdzieniegdzie opuchnięta, twarz w sumie nie ma jednolitego kolorytu, przypomina patchwork raczej. Rozpuszczając kok dotkliwy ból palca, przypomina ci, że spaliłaś się papierosem. Pytasz się "gdzie, do chuja, podziała się ta piękna kobieta z wczoraj?!".
Ano, kochaneczko, prawda jest taka, ze się starzejesz, że twój wspaniały metabolizm alkoholowy jest coraz gorszy, a wlewanie w siebie jakiś idiotycznych ilości trunków nie kończy się niczym dobrym, że męczysz się, bo żyjesz w stresie, bo myślisz o przyszłości, i w jakiejś drobnej części chciałabyś ogarniać życie; że tak naprawdę masz ochotę na tydzień zamknąć się w domu, poczytać książkę, trochę popracować, żyć w swoim tempie, może byś też gdzieś pojechała? Może byś rzuciła palenie, bo aktualnie nie wiesz, czy to twoja alergia na kurz, która zazwyczaj nasila się przy początku sezonu grzewczego, czy już kaszel palacza? Może byś się tak nie załatwiała, skoro wiesz, że masz dużo do zrobienia i mimo tego, że nie śpisz od piątej, czyli już dziesięć godzin - to nic nie zrobiłaś?
I jesteś w dupie.
I to jest tragizm, proszę państwa.
Yes

You Might Also Like

2 komentarze

  1. to proszę pani nie jest tragizm...
    to kac!
    zwykły, najzwyklejszy kac!
    ale za to opisany w sposób tak epicki jakby był co najmniej orgazmem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mój pierwszy w życiu, nie przywykłam, to wina jedzenia!

      Usuń