xx1739xx. bohema.

22:48

Podjęłam ostatnio kilka decyzji, które, mimo, że dotyczą mnie, odbierane są nieco "kontrowersyjnie" i budzą zdziwienie, czy też pytania. Tak naprawdę nie wiem skąd się bierze to określenie, czemu w ogóle ktoś używa tego przymiotnika w stosunku do mnie, czy tego, co robię - może ja tego nie czuję, ale bawię się tym określeniem, choć nie lubię zamykania w szufladkach, to mimo wszystko, jest mi z nim całkiem dobrze. Od najmłodszych lat nie uznawałam konwenansów, a normami obyczajowymi nie bardzo zawracałam sobie głowę - mój lekarz zwykł mnie nazywać anarchistką, jednak ja wolę myśleć, że wyznaję wolność swojego ducha, póki nie przekraczam podstawowej granicy moralnej - swoim działaniem nie krzywdzę drugiego człowieka. Emancypacja to według słownikowej definicji wyzwolenie kogoś i obdarzenie go pełnią praw. 
Mimo, że przez te lata podkreślano mój status alieni iuris to raczej miałam to za nic. Nieważne iloma rzemieniami próbowano krępować moje ego, to i tak się wyrywałam. Może gdyby nie chciano mnie ograniczać, to nie popełniłabym tylu czynów, których słuszność oceniam raczej negatywnie; może. Może gdybym nie musiała wiecznie walczyć o siebie, to nie byłabym jak płonąca pochodnia. Może byłabym innym człowiekiem, z inną świadomością, charakterem i sposobem pojmowania świata. Ale nie jestem.
Istnieje pewna definicja artysty; cechy, które się mu przypisuje. Zwłaszcza na przykładzie cyganerii krakowskiej, tej z przełomu wieków XIX i XXego. Ten dekadentyzm, ulotność, niestałość, oderwanie od rzeczywistości i wykraczanie poza schemat. To zerwanie etykietek, dzikość, ekscentryzm. Ten irracjonalny, w oczach niektórych, a właściwie większości społeczeństwa, bunt.
I przeświadczenie, że to, co się robi, jest słuszne.

Nie lubię kwestionowania i pytania mnie o pobudki, bo jedyną odpowiedzią, którą mogę podać jest "bo tak uznałam"/"bo tak postanowiłam". Jak mówi mój ulubiony etanolowy filozof - "na chuj drążyć temat". Jeśli jednak istnieją osoby zainteresowane moimi szokującymi decyzjami, które podjęłam na przestrzeni ostatniego tygodnia, tj. po jakichś ośmiu? dziewięciu? latach w różnorakich samorządach zrezygnowałam z bycia częścią tego klasowego, a także, że mimo pierwotnej decyzji o kontynuowaniu uczęszczania na religię postanowiłam się wypisać; to wydam oświadczenie.

Bo tak chciałam.
Bo robi mi się niedobrze, jak myślę, że musiałabym znosić dalsze zatrute nienawiścią słowa. Bo choć zawsze różniliśmy się poglądami w większości kwestii, to jednak nie będę pozostawać w układzie, który już w sposób otwarty wyraża się w sposób daleki od bycia chociażby poprawnym politycznie. Póki stanowiska były właściwie obsadzone, to jakoś to funkcjonowało - teraz tak nie jest. Brzydzę się tym - co poniektórzy będą mi chcieli zarzucić brak tolerancji, lecz to zazwyczaj argument osób raczej zamkniętych w swoich ograniczonych pudełkach, z klapkami na oczach, ze swoimi "poprawnymi" i "normalnymi" poglądami. Ja nikogo nie wyzywam, nie krzywdzę słownie, nie obrażam, nie sugeruję leczenia klinicznego - mówię, że mi się to nie podoba, i nie chcę być tego częścią. Tolerancja to, posłużę się Wikipedią, gdyż mimo wszystko, to uznaje się w dzisiejszych czasach za wiarygodne źródło:
Tolerancja (łac. tolerantia – „cierpliwa wytrwałość”; od łac. czasownika tolerare – „wytrzymywać”, „znosić”, „przecierpieć”) – w mowie potocznej i naukach społecznych postawa społeczna i osobista odznaczająca się poszanowaniem poglądów, zachowań i cech innych ludzi, a także ich samych.
W ogólnym znaczeniu tolerancja to otwarte, obiektywne i szanujące podejście wobec odmiennych od własnych postaw, zachowań i cech drugiego człowieka. W społecznym, kulturowym i religijnym znaczeniu tolerancja i tolerowanie są słowami używanymi do opisu postaw, które są „tolerancyjne” (czy też szanujące) wobec praktyk czy przynależności grupowych, które mogą być dezaprobowane przez tych, którzy są w większości.
W praktyce „tolerancja” wskazuje na poparcie dla postaw, które są przeciwne dyskryminacji etnicznej, rasowej czy religijnej. Natomiast słowo „nietolerancja” może być używane w celu opisu zachowań czy praktyk dyskryminacyjnych. Mimo że słowo tolerancja powstało jako słowo odnoszące się do tolerancji religijnej dla mniejszości religijnych powstałych w wyniku reformacji. To słowo do dziś jest powszechnie używane dla opisu znacznie większej ilości zjawisk dotyczących otwartości czy szacunku dla istnienia innych postaw, grup czy poglądów mogących nie być zgodnymi z poglądami większości.
  • Tolerancja nie oznacza akceptacji (por. łac. acceptatio – przyjmować, sprzyjać) czyjegoś zachowania czy poglądów. Wręcz przeciwnie, tolerancja to poszanowanie czyichś zachowań lub poglądów, mimo że nam się one nie podobają.
  • Tolerancja jest postawą, która umożliwia otwartą dyskusję. Bez tej postawy dyskusja zamienia się albo w zwykłą sprzeczkę, albo prowadzi do aktów agresji.
  • Tolerancja ma też granice: dotyczy to postaw, które sprzeciwiają się tolerancji.
I tak, owszem, tolerowałabym czyjeś poglądy. Jednakże, kiedy widzę normalność zdefiniowaną jako, pozwolę sobie na dokładne cytaty :
"normalność to zdrowie psychiczne i fizyczne, a będąc inną, czy po prostu czując się inną osobą niż heteroseksualną, to normalne nie jest. Takie zjawiska powinno się leczyć. Z normalnego i jednocześnie zdrowego punktu widzenia, każdego człowieka powinno pociągać do przedstawicieli odmiennej płci, inne zachowania natomiast są sprzeczne z powszechnie znanymi normami."
czy też 
"Dewiacje/aberracje/wynaturzenia i zboczenia należy leczyć, nie zaś promować" 
i 
"Dokładnie- powinno się to zwalczać i leczyć, przecież z nienormalnymi zjawiskami właśnie tak powinno się postępować."
to mnie chuj strzela, oui, oui, pardon my French, nie wiem jak małym trzeba być człowiekiem, żeby ziać nienawiścią na prawo i lewo, i w tym momencie napisałabym coś, ale argumentum ad personam to nie jest coś, czym powinna posługiwać się pretendująca do miana dojrzałej osoba.
Ze zrezygnowaniem z religii noszę się od jakiegoś czasu, paradoksalnie - od zaczęcia "ciekawych" tematów. Nie będę przesiąkać agresją i nienawiścią, w dodatku nieuzasadnioną, skierowaną w stronę społeczności, której mimo wszystko, jestem członkiem. Gdybym chciała się posługiwać argumentami na "poziomie" to stwierdziłabym, że "o co chodzi? skoro nikt cię nie rucha w dupę, to jaki masz problem?". Ale tego nie zrobię, może ktoś to uzna za tchórzostwo, ale ja nie jestem masochistką, nie chcę słuchać pierdolenia kogoś, kto nie ma nic ciekawego do powiedzenia; dyskusje, gdzie argumenty merytoryczne nie istnieją, są dobre dla pięciolatków, a choć nie mam nic do osób wierzących, to tworzenie wszystkiego na podstawie indoktrynacji prowadzonej przez tysiące lat, bez włożenia w to własnego wysiłku i to jeszcze w troglodycki sposób, to ja dziękuję, wolę sobie oszczędzić. Jednakże, mam nieodparte wrażenie, że duża część, zwłaszcza tych naj[nad]gorliwszych katolików zapomina o przykazaniu miłości. Bardzo duża.
Uprzedzam, jestem osobą nieobliczalną i potencjalnie niebezpieczną, oraz posiadam w wysokim stopniu wszystkie wady polityka, jestem uparta, zuchwała, momentami nieokrzesana, mściwa i nieprzewidywalna. I choć miałam tego nie robić, jestem w stanie obrócić w proch wszystko, co mi się nie spodoba, w końcu jestem pochodnią, a z ogniem się nie igra.

You Might Also Like

0 komentarze