xx1743xx. maturki.

13:42

Od kiedy wróciłam w piątek wieczorem czas jakby przyspieszył. Mimo epizodów manii nadal niewiele mi się chce; moja pamięć ostatnio szwankuje, nie bardzo wiem, co się dzieje, ostatnie 3 dni to było spanie - szkoła - spanie. Napisałam próbne matury. Yay.
Weekend jakoś mi przeleciał, w poniedziałek przyjechał K, żeby jakoś odciągnąć mnie od stresu związanego z tym, że scio me nescire. W tym wypadku nie jest to pierwszy krok do poznania prawdziwej wiedzy, lecz pierwszy krok ku panice. Dużo kawy piję, mimo to, o 22 spałam, chyba głównie dlatego, żeby czas do matury szybciej przeleciał.
I dzień dobry - wtorek

Bałam się polskiego, zwłaszcza rozszerzenia. Kiedy rano zaskoczyła nas Antygona, to oczekiwałam najgorszego o 14stej. Było, jak było. Wzięłam na warsztat tekst Milana Kundery zamiast analizy porównawczej "Kordiana" i "Dziadów" cz. IV, gdyż temat był mi zdecydowanie bliższy.
Jestem nieco zła na siebie, gdyż wiem, że mogło mi pójść o wieeeeeele lepiej. Dodatkowo nieco boję się, gdyż prace z rozszerzenia, w przeciwieństwie do podstawy, sprawdza ukochany profesor mój i wstyd mi będzie, kiedy będę musiała spojrzeć mu w twarz po oddaniu matur.
Sam schemat przeprowadzania egzaminów u nas był ... no cóż, męczący.
Na 7:30 w szkole, czyli wstawanie o szóstej, zbieranie się, dojazd, niecałe 3h na poziom podstawowy, lekcje, a potem od 14 kolejne 3h na rozszerzenie. W sumie dało to prawie 10h samego siedzenia na Mikołowskiej, +/- 1,5h na dojazdy, spać powinnam 8h, więc dla "siebie" zostaje ani pięć, a wliczyć w to trzeba wszelkie posiłki, czas porannych przygotowań, itp. Istny maraton.
Środy bałam się najbardziej, gdyż, mimo wszystko, matematyka jest najważniejszym dla mnie przedmiotem. Podstawa nie była najgorsza, ale i tak jestem na siebie zła, gdyż jedno zadanie mocno przekombinowałam i niestety mi nie wyszło. Gorzej było z rozszerzeniem, ale wiem, że to moja wina; częściowego braku wiedzy w połączeniu z niedbalstwem. Ale to nadrobię, jestem bardzo zdeterminowana. Ten dzień wykończył mnie tak bardzo, że zasnęłam o 19 i spałam do rana.
Język angielski dostarczył mi najmniej stresu, czuję się w miarę pewnie, aczkolwiek jeśli chcę mieć te 100% to muszę doszlifować niektóre zagadnienia i będzie dobrze. Tak więc mój stres skończył się wczoraj o godzinie 15:23, kiedy wychodziłam ze szkoły. O godzinie osiemnastej natomiast spałam już snem zmęczonego maturzysty, który ostatnie dni spędzał w letargu i przedawkowując kofeinę.
Nie ma co, sporo pracy mnie jeszcze czeka, dzisiejszy dzień wolny traktuję jako reset i odpoczynek, który po czymś takim jest niezbędny.
Psychicznie ciężko, czasem mocno szaro. K stara się mnie podtrzymać na duchu, noszę jego zegarek na szczęście, ale ciągle mi towarzyszy ten niepokój. Cholernie dołujące uczucie.
teraz bym chciała tylko tyle.

You Might Also Like

0 komentarze