xx1746xx. gnosis

21:37

Jeśli napięcie jest różnicą potencjałów, to nie mam pojęcia, czemu jest ono u mnie takie wysokie. Wartości na obu końcach mojego układu niezmiennie wynoszą zero, chyba.

potencjał
1. tkwiący w kimś lub czymś zasób możliwości, zdolności;

Tak, terefere, jakieś konkursy, olimpiady i inne szarady. Wynajduję jakąś pseudosiłę gdzieś spod ziemi, AZS mnie dręczy, całe dnie spędzam zamknięta w gabinecie, nie chcę rozmawiać, nie bardzo; głaszczę tylko bransoletę złotego zegarka. Swój stres zapijam kolejnym kubkiem kawy, najlepiej w rozmiarze molto grande, wertuję kartki; staram się pracować. Piętrzą się papierowe stosy niczym skalowane wieże Babel; mnożące się w nieskończoność. Przekleństwem jest pragnienie wiedzy i osiągnięcia tej nieokreślonej doskonałości poznania... Moja doba ma 24h, a to zdecydowanie za mało.

Dziadek jest chory, czeka go operacja, może gdyby nie był taki krnąbrny i w ostatniej chwili nie odwołał tej w styczniu, to teraz nie chodziłby blady jak duch; babcia jest znerwicowana, w kółko sprząta [na co dzień robi to raczej umiarkowanie ochoczo], lata po znajomych, załatwia wczesne terminy i wozi jaśnie męża do  przychodni i na badania; w końcu mówi jej "przecież nawet jak już mnie nie będzie, to będziesz się miała dobrze". Pozwalam jej się wygadać, choć wiem o wszystkim, naprowadzam ją na właściwy temat, rozszerza mi to lakoniczne stwierdzenie ojca "dziadek jest w złym stanie", ale udaję zaskoczoną. Widzę, jak uchodzi z niej to ciśnienie skrywanego sekretu - dziadek nie lubi przyznawać się do tego, że może chorować. Zgodził się tylko na to, by wiedział mój tata. Ja mam natomiast nie dać poznać po sobie, że wiem o jego dolegliwościach, a rodzicom nie mówić [pewnie ze względu na to, że był prikaz, aby niepotrzebnie nie dokładać mi stresu i zmartwień]. Wyrozumiale kiwam głową, potok słów nieprzerwanie płynie, a ja zachowuję się jakbym była rozważna i wiedziała co robić, taka moja rola.

Denerwuję się. W akcie destrukcyjnym gwałtem skróciłam wszystkie paznokcie. Biorę więcej na barki. Chyba szukam swojej granicy, po przekroczeniu której mój kręgosłup, a raczej psychika, złamie się jak zapałka. Plan jest taki, by jej nie spotkać. Mam poczucie niewrażliwości na bodźce, fizycznie nic nie czuję, a myśli zaprząta mi raczej praca, ambicje i pewne plany. Palę papierosa wieczorem i czasem mam ochotę zgasić go sobie na przegubie. Żeby coś poczuć, realność jakoś mi spierdoliła ostatnio. Ale w końcu nie robię tego.

Ciemno, gdy wstaję, szarzeje, gdy wychodzę; pasek bieli i stalowego błękitu widzę, gdy szukam czegoś wzrokiem za oknem; szarzeje, kiedy opuszczam budynek na Mikołowskiej i ciemno jest, kiedy wracam do domu.
Przyzwyczajam się do mroku. Do zimna. Okno otwarte mam na oścież. W końcu zdaję sobie sprawę czemu moje wnętrze pokryte jest smołą.
To znów ten czas.

You Might Also Like

0 komentarze