xx1762xx. High end?

18:38

makeup, pink, and lipstick image
Ostatnio zostałam poproszona o notkę nt. pędzli, pojawi się takowa, lecz uprzedzam, że trochę czasu mi na nią zejdzie, a na jego nadmiar nie cierpię. Prośba ta podsunęła mi jednak temat do dalszych rozważań. [tak, można rozważać na temat pędzli] Parę rzeczy już sobie wyznaczyłam, aż w końcu doszłam do tego - czy dobry pędzel/akcesorium do makijażu/kosmetyk koniecznie musi być drogi?
Przyznam szczerze, używam mieszaniny pędzli pochodzących z drogerii, sieciówek, a także tych sprowadzanych z Azji. Owszem, podobają mi się i chciałabym mieć niektóre pędzle z MACa czy Sigmy, ale bądźmy szczerzy - jestem osiemnastolatką i jako, że nie zarabiam to na takie fanaberie - tj. wydawanie dobrych kilku setek na pędzle - budżetu nie ma. Pozostaje też kwestia tego, iż nie zawsze wysoka cena wiąże się z dobrą jakością.
Istnieją dobre firmy, które robią świetne pędzle w dobrych cenach, jak np. Hakuro, którego osobiście nie miałam okazji wypróbować [lecz zamierzam], ale wiem, że G ma i bardzo sobie chwali. Więcej o tym jednak we właściwej notce.
Myślę, że mam też dużo szczęścia, gdyż oba zakupy ze Wschodu okazały się w porządku - delikatne i miękkie, syntetyczne [dlaczego takie wolę również przy głównej notce], nie mają dziwnego, "chińskiego" zapachu i poza tym, przede wszystkim spełniają swoja rolę, a także nie wypada im włosie, co więcej - swojego pędzla do pudru, a także tego do bronzera chyba nic nie przebije, ale jeśli kiedyś tak się stanie - napiszę.
Oglądałam przez parę ostatnich nocy haule z dresslinka/cndirect i tego typu sklepów robione przez SuperMaryFace i to również ona natchnęła mnie do tych przemyśleń - pokazując kosmetyki kupione przez Internet, pochodzące z Azji i bardzo tanie powiedziała, że wiele osób może nazwać ją, parafrazuję "tanią", gdyż lubi kupować tanie ubrania/akcesoria/produkty do makijażu, zwłaszcza, kiedy są dobrej jakości.
Jak mówiłam, moje pędzle to w większości produkty azjatyckie, kupione za ułamek ceny MACów, czy innych profesjonalnych marek i bardzo je lubię. Czy jestem tania? Czy to czyni mnie gorszą i sprawia, że nie powinnam się wypowiadać na temat makijażu? Nie.
Mam też kosmetyki z tak zwanego "high endu" [przynajmniej u nas w Polsce za takie się je ma na pewno] typu paleta Naked 3, róż Estee Lauder, o którym wspominałam, że właściwie oddałam go mamie, bo jak dla mnie zbytnio brokatowy czy kiedyś lubiłam i używałam tusz Hypnose od Lancome, niestety formuła po miesiącu zasychała i stawała się nie do użytku; moje perfumy to niezmiennie od kilku lat Bright Crystal Versace - czy jeśli tak przedstawię zawartość mojej kolekcji to zostanę uznana za znawczynię tematu i kogoś "z gustem"? Przez niektórych - być może. W mojej opinii - nie.
Nie od razu Rzym zbudowano i sądzę, że jeśli ktoś aspiruje do tego, aby posiąść dobre umiejętności jeśli chodzi o makijaż to nie ma sensu od razu się rzucać do Sephory i wykupić stoisko Benefita, Chanel czy innego Diora, a potem sobie na to rzucić zestaw absolutnie wszystkich pędzli Sigmy. Zwłaszcza na początku, kiedy zaczyna się zabawę z makijażem. Jak w każdej sztuce popełnia się błędy. I to spore. Maluję się gdzieś tak z 7 lat, tak poważnie, na co dzień to może z 4-5, a nadal są dni, kiedy coś zupełnie mi nie wyjdzie. Wraz z polepszeniem naszych umiejętności można inwestować w lepsze produkty, krok po kroku, o szczebelek na drabinie wyżej. Łatwiej też jest ocenić czego tak naprawdę potrzebujemy - kiedyś miałam bardzo dużo palet z cieniami, we wszystkich kolorach tęczy, których jednak nie używałam, bo jak wiadomo, wolę nude. Ale miałam, i to chyba była strata pieniędzy - np. co roku w okolicach świąt pojawia się taka duża paleta z Sephory - rozsuwana, pudełka, poziomy i inne fanaberie, milion kolorów cieni, pomadek i eyelinerów - przeze mnie najbardziej zużyte zostały beżo-brązy i biało-kremowe cienie, czarny i złoty eyeliner. W końcu ona też powędrowała do mamy, która natomiast lubi fiolety i szarości, tych ultra-kolorowych cieni używałam trzy razy - przy moich tęczowych makijażach, a  tak poza tym to wszelkie zielenie, pomarańcze, żółcie i kobalty sobie leżą, razem ze śliwkowym i turkusowym eyelinerem, a także stertą innych.
Czasem zaufanie do tych znanych i droższych marek wcale nie kończy się zachwytem, a wręcz przeciwnie, bardzo często przepłacamy za produkt, bo kosztuje logo i renoma. Jeszcze częściej możemy znaleźć coś równie dobrego, bądź nawet lepszego, za niższą cenę.
Lubię kosmetyki, ogółem, tanie, drogie, byle dobre. Pokochałam ostatnio Bella, który jest naprawdę w przystępnej cenie, Bourjois, które jest już na takiej średniej półce, Too Faced także, bo ich cienie wprowadzają słowo "pigmentacja" na zupełnie nowy poziom, a Urban Decay uwielbiam - od nich na pewno będę chciała Naked - pierwszą wersję i coś z ich produktów do ust. Dla każdego coś się znajdzie, za każde pieniądze.
Jedna prośba: nie oceniajmy kogoś przez pryzmat tego, ile wydał na swoje okołomakijażowe rzeczy - co z tego czy ma się podkład za 30 czy 300 złotych? Jeśli uważasz, że wszystko, co tańsze i nie ma jebutnego ARMANI na sobie jest gorsze, a człowiek tego używający mniej wartościowy, to powiem szczerze, nawet ten drogi podkład nie pomoże Ci zakryć Twojej brzydoty.

Pozdrawiam serdecznie,

You Might Also Like

1 komentarze