xx1790xx. Nieustanna walka o prawo do decydowania.

18:57


Pierwszego kwietnia, leniwie przeglądam mój facebookowy feed. Są informacje o zaręczynach, nowych związkach, albumach-niespodziankach i ciążach. No właśnie, zaraz pod kolejnym postem "spodziewa się dziecka z ..." widzę informację na Feminotece wiadomości, które mnie szokują.

Mnie, jako człowieka, bo ogranicza się moje prawo do wolności. 
Mnie, jako obywatela, bo dzieje się to "prawnie", tym samym umiera resztka mojej wiary w aparat państwowy.
W końcu:
Mnie, jako kobietę, bo mogę w przyszłości znaleźć się w podobnej sytuacji i wtedy nikogo, absolutnie nikogo, nie będzie obchodziło moje dobro.

Sprawy są dwie [główne] - decyzja o tym, iż tzw. tabletka "po" wydawana będzie tylko na receptę, a także, jak myślę, najważniejsza i najbardziej brutalna - czeka nas batalia - walka przeciwko propozycji zaostrzenia prawa aborcyjnego. 

Chciałam myśleć, że to Prima Aprilis, że to nieprawda, że przecież jak można chcieć wprowadzić całkowity zakaz aborcji - nawet gdy ciąża jest wynikiem gwałtu, kazirodztwa [czyli bardzo poważnych PRZESTĘPSTW], jak i wtedy gdy ZAGRAŻA ŻYCIU MATKI, bądź wiadomo, iż dziecko urodzi się z poważnymi wadami rozwojowymi [i zapewne umrze wkrótce po porodzie]. Rozpętała się burza, w krótkim czasie natrafiłam na wiele artykułów, które będę jeszcze cytować w dalszej części tej notki, chciałabym jednak napisać parę słów bardzo osobistych.

Mam dziewiętnaście lat i przez większość tego krótkiego życia nie wyobrażałam sobie siebie w roli matki. Nie tylko przez fakt, że zdecydowanie duży odsetek "małych cukiereczków" mnie irytuje, ich płacz w sklepie doprowadza do migreny, ale także przez lęk. Lęk, że nie byłabym dobrą matką, że moje dziecko nie byłoby przeze mnie szczęśliwe; że skrzywdziłabym je przez czynniki, takie jak moje zaburzenie, na które nie do końca mam wpływ. Nawet nie wiem, czy żeby zajść w ciążę i utrzymać ją, nie musiałabym odstawić leków, co jest niemożliwe, absolutnie i całkowicie niemożliwe. W późniejszym okresie pomyślałam, że kiedyś, w bliżej nieokreślonej dalekiej przyszłości mogłabym mieć dziecko, z kimś, kogo kocham. W końcu to byłaby hybryda nas dwojga, takie małe stworzenie, w którym odnajdowałabym cechy zarówno swoje, jak i tej ukochanej osoby, mogłoby być fajnie! Ale to są plany, które swoje urzeczywistnienie mogą znaleźć dopiero gdzieś za dekadę. A nie za rok.

Mam dziewiętnaście lat i nie wyobrażam sobie, że miałabym zostać matką [albo już nią być, dziewczyny, które znam miały po 16-17 lat, kiedy zaszły w ciążę]. Nie będę robiła kwestionariusza pośród chociażby mojego rocznika z pytaniami w stylu "jesteś aktywny seksualnie? jeśli tak, to podaj wiek swojej inicjacji seksualnej.". Za pewnik można przyjąć, że młodzież, nawet sporo młodsza ode mnie [bo ja już swoje lata przecież mam] uprawia seks. Cóż - oburzający fakt. Niemniej jednak, państwo nie chce w to wierzyć. I zamiast spróbować pomóc młodym ludziom, aby nie zarażali się chorobami wenerycznymi, uniknęli nieplanowanej ciąży, to woli zaciskać oczy i udawać, że ten "problem" nie istnieje. Nie dalej jak parę dni temu czytałam post u Natalii z jestrudo.pl o tym jak antykoncepcja wygląda w UK - co mnie poruszyło w tym tekście, napisanym co prawda dwa lata temu:
"Przede wszystkim antykoncepcja w tym kraju jest absolutnie darmowa. Dla każdego, bez względu na wiek, płeć, długość pobytu czy rozmiar stopy – każdy człowiek ma prawo do nie-posiadania dzieci. Jeśli żywisz się wschodami słońca, sypiasz na gołej ziemi, a bogaty jesteś tylko wnętrzem, państwo zadba o to, aby losu Twego nie podzielili potencjalni potomkowie. Proste. Bezdomni i biedni też miewają chcicę, a Polski rząd zdaje się o tym zapomniał. Potem żyje siedmiu luda, w tym pięciu niewinnych, w drewnianych chatkach, bez bieżącej wody i te sprawy. No, ale nie o Polsce być miało."
Gdyby dostęp do antykoncepcji był łatwiejszy, żadna pani Grażynka nie patrzyłaby krzywo na młode osoby kupujące prezerwatywy; doktor Stefan nie miał wypisane na czole "ale z niej dziwka", kiedy młoda dziewczyna prosi o receptę na pigułki antykoncepcyjne oraz sama antykoncepcja nie byłaby taka droga to pewnie byłoby mniej samych niechcianych ciąży.

Mimo wszystko, wszelkie środki nie są niezawodne, zawsze istnieje ryzyko "wpadki" i co wtedy? Wtedy zaczyna się problem - bo opcja pierwsza - tabletka "po" - w Polsce dostępna jak do tej pory była ElleOne, swoją drogą i tak droga, musi zostać zażyta do 48h po stosunku, a teraz, skoro ma być na receptę, trzeba doliczyć wizytę u lekarza. Doliczyć - pieniężnie, bo na NFZ to pewnie owa dziewczyna by zdążyła ciążę donosić i dziecko urodzić, takie mamy kolejki. Pozostaje więc wizyta u prywatnego ginekologa, które do najtańszych nie należą. A co jeśli owa dziewczyna jest pomiędzy 15 rokiem życia [bo od wtedy współżycie jest legalne], a 18stym? Innymi słowy - nie ma własnych dochodów. Nie ze wszystkimi rodzicami łatwo jest rozmawiać o sprawach związanych z płciowością i seksem - jest to spowodowane różnymi czynnikami, lecz nie chcę głębiej w to wchodzić tym razem. Kiedy już nawet pacjentka dostanie się do lekarza to ten może jej odmówić przepisania tabletki "po" vide klauzula sumienia. Chore?
Chore.

Pragnę przytoczyć jeszcze cytat z artykułu pani Elżbiety Korolczuk z 2.04,2016:
Decyzja o przywróceniu konieczności posiadania recepty na ElleOne nie jest decyzją o podłożu medycznym, tylko ideologicznym. Powtarzane w mediach argumenty nie odnoszą się bowiem do wiedzy medycznej czy danych, które powinno zebrać ministerstwo przed podjęciem decyzji. Jeśli istnieją potwierdzone informacje, że rzesza kobiet łyka garściami tabletki za minimum 130 zł sztuka, to bardzo proszę ministra zdrowia o ich upublicznienie. Nie jest to niestety jedyne przekłamanie, które chętnie powtarzają media. Większość[...] nie odróżnia tabletki ElleOne, która nie dopuszcza do zapłodnienia, od tabletek, które uniemożliwiają zagnieżdżenie się zapłodnionego jaja w macicy. A powinna to być dość zasadnicza różnica, szczególnie z punktu widzenia obrońców zapłodnionego jajeczka.
Minister zdrowia skasował już nie tylko awaryjną antykoncepcję, ale i program finansowania in vitro, a za chwilę w sejmie pojawi się projekt całkowitego zakazu aborcji, nawet w przypadkach, gdy mamy do czynienia z ciążą pozamaciczną albo z płodem pozbawionym mózgu.
Ostatnie zdanie tego cytatu powinno zapalić czerwoną lampkę. Zakaz aborcji w wypadku kiedy płód jest pozbawiony mózgu? Po czerwonej lampce powinno nadejść pytanie "Ciąża pozamaciczna? Czy to czasem nie jest bardzo niebezpieczne dla zdrowia kobiety? Owszem. Jest. Co więcej - korzystając z fanpage'a, który "tłumaczy" sejmową paplaninę na komunikat zwięzły i zrozumiały:

Obywatelski projekt ustawy "antyaborcyjnej" to nie tylko zakaz aborcji. 
To także: 
- zakaz zabiegów in vitro (pod groźbą kary),
- karanie kobiet za przerwanie ciąży,
- ograniczenie możliwości wykonywania badań prenatalnych (ryzyko odpowiedzialności karnej za uszkodzenie płodu),
- sprawienie, że aktem lekarskiej odwagi będzie leczenie pacjentek w razie ciąży pozamacicznej (ryzyko odpowiedzialności karnej za przerwanie ciąży) czy nowotworu (ryzyko odpowiedzialności karnej przynajmniej za uszkodzenie płodu).


I co mam powiedzieć? No co? Bo słów mi brak.
Nie życzę źle ludziom, więc nie powiem, że aby zrozumieć to tym ludziom musiałoby się przytrafić coś tak okropnego jak dziecko ze strasznymi wadami rozwoju czy traumatyczne doświadczenie jakim jest gwałt. Nie, bo nie trzeba przechodzić takich rzeczy, aby mieć w sobie empatię. Z badań, które ostatnio czytałam [wybaczcie, że nie przytoczę dosłownie i nie zalinkuję dokładnych danych, ale było to nad ranem i na telefonie] wynika, że ponad 70% ankietowanych [wydaje mi się, że około 80, ale nie chcę fałszywie zawyżać] uważa aborcję za słuszną w przypadku zajścia w ciążę w wyniku gwałtu; zagrożenia życia matki czy właśnie uszkodzenie płodu.

Chciałabym także podzielić się historią, co prawda opublikowaną przez cosmpolitan, ale jej autorka napisała jedno, bardzo ważne zdanie: "Let your representatives know that it is not their right to choose a fetus, which wouldn't have survived, over a family, who may have never recovered.". Ujęłabym je nieco ogólniej - niech obcy ludzie wiedzą, że to nie ich prawo aby stawiać płód, który i tak by nie przeżył, ponad rodzinę, [a czasem i samą kobietę], która mogłaby nigdy się nie podnieść.

Dear Cosmo Reader,

I do not regret my choice. But that doesn't mean my experience has been easy. I began writing about it as a sort of therapy, then I started hearing about state after state proposing 18- or 20-week abortion bans … and candidate after candidate supporting them. And I felt compelled to take my private experience public.

In September of 2014, my husband and I went to see my ob-gyn for our 20-week anatomy ultrasound. The report came back with "concerning results," said our doctor, who recommended we get a second opinion from a maternal-fetal expert. That appointment, the following day, was the longest hour of my 32-year life. Finally, we learned: Our baby had a skeletal disorder called thanatophoric dysplasia, which causes underdeveloped lungs, among other ailments. The name translates from Greek to "death bearing abnormal formation." Gravely, she told us that if our baby survived birth, he would die soon after. We made a choice we would not have imagined before that 20-week exam. A choice that wasn't really a choice at all.

To close family and friends, we admitted to "terminating" the pregnancy. To everyone else, we vaguely said we lost the baby. But the truth, in plain English, is that I had an abortion.

Many severe heart and chromosomal defects cannot be detected until 20 weeks post-conception. It then takes time to schedule tests and consults, to find a doctor to perform the procedure. Suddenly, you are well past the proposed 20-week deadline. I am fortunate to live in New Jersey, a state where abortion after 20 weeks is both a legal and accessible option. But I am from Nebraska, a state where it is not. My experience getting a D&E at 21 weeks was more emotionally painful than anything I had gone through before, but it was far less than what must be felt by women in the 13 states where these laws exist.

Proponents of these bills claim they are saving the fetus from pain. But most scientists and medical boards (too many to list here) say that's untrue. If it takes a majority vote to pass a bill, shouldn't that vote be based on research conclusions agreed upon by a majority of experts? I doubt my baby felt pain when he died, but I know he would have felt immense pain at birth … and death immediately after. And what about the pain and depression I would have felt when someone commented on my swollen belly? How would that have affected my marriage or my then-2-year-old son?

Family is incredibly important to me. I've since conceived again and given birth to a beautiful baby girl. When I found out I was having a girl, it spurred my desire to fight for women's rights more. I am terrified that my daughter might someday face the same situation I did, yet won't have the same options available to her.

Think about this number: 1.3. That's the percentage of all abortions performed in the United States that occur after 20 weeks. So, who are these politicians trying to save? Because they couldn't have saved my baby. It's a crazy — and crazy-important — election year. There's an opening on the Supreme Court, which, constitutionally, should be filled by a nominee from our current president. But the next president will likely choose justices during his or her tenure as well. Those justices decide our reproductive rights — they're hearing arguments on clinic restrictions in Texas right now. Before you snag your "I Voted" sticker, please think of me. Let your representatives know that it is not their right to choose a fetus, which wouldn't have survived, over a family, who may have never recovered.

Yours,
Kelly Cervantes, 33

Ten post już i tak jest długi, ale nie byłabym sobą, gdybym nie przytoczyła bardzo celnej argumentacji. Dla mnie to takie FAQ o aborcji

"1. "Płód jest człowiekiem, dzieckiem poczętym jego prawo do życia jest nienaruszalne."
Płód jest płodem. Oczywiście, dla oczekującej radośnie przyszłej mamy może być dzieckiem poczętym, fasolką, bobaskiem, największym szczęściem. Ale to nie powód, by podobne określenia wprowadzać do terminologii prawnej lub medycznej. Komórka jajowa to komórka jajowa, blastula jest blastulą, płód płodem.

W takim razie kiedy zachodzi magiczna przemiana w człowieka? Nie ma takiego momentu. Bo to jest proces, a nie magiczna przemiana. Proces jest płynny i nie da się wskazać konkretnego momentu zyskania człowieczeństwa. Ustanawiając prawo możemy wziąć pod uwagę kilka istotnych czynników - jak moment rozwinięcia się kory mózgowej i połączeń nerwowych lub zdolność do samodzielnego przetrwania poza organizmem matki. Nie znaczy to jednak, że którykolwiek z tych momentów uznaje się za decydujący o człowieczeństwie.

Można też arbitralnie uznać, że człowiek zaczyna się w momencie połączenia się żeńskiej i męskiej komórki rozrodczej. Bo tak. Ale nie można oczekiwać, że wszyscy dostosują się do tego subiektywnego stwierdzenia.


2. "Może płód nie jest człowiekiem, ale nim będzie, więc na jedno wychodzi."
Zgodnie z takim rozumowaniem, plemnik też może zostać człowiekiem, a jednak nie postulujemy kary więzienia za onanizm.

3. "Sam plemnik nie może stać się człowiekiem, a zapłodniona komórka tak."
Zapłodniona komórka bez odpowiednich warunków też nie może przekształcić się w człowieka. Co więcej, nawet w odpowiednich warunkach, w jednym na sześć potwierdzonych przypadków ciąży dochodzi do samoistnego poronienia w pierwszym trymestrze. Jeżeli wziąć pod uwagę przypadki, w których kobieta nie wie o ciąży, można mówić o 40 do 60% przypadków, w których dochodzi do spontanicznego poronienia.

W odpowiednich warunkach (zagnieżdżenie się w ściance macicy, zdrowa, donoszona ciąża) zapłodniona komórka może stać się człowiekiem. W odpowiednich warunkach (dostęp do komórki jajowej) plemnik też ma szansę stać się kiedyś człowiekiem. To jak z tym zakazem?

4. "Zapłodniona komórka ma swoje unikalne DNA".

Tak jak paprotka. Jaki to ma wpływ na cokolwiek?

5. "A gdyby ciebie matka usunęła?"


To nigdy bym nie zaistniała, więc nie byłoby żadnego poczucia straty. Przywiązać się do swojego istnienia i bać o nie można tylko wtedy, kiedy już się zaistnieje.

Równie dobrze możecie pytać mnie, co bym zrobiła, gdyby moi rodzice nigdy się nie spotkali. Nic, bo by mnie nie było. W czym problem? Czy mam już w tej chwili iść i zachodzić w ciążę, bo to jajeczko, które wyrzucę później do kosza, nigdy nie będzie miało szansy zyskać świadomości?

6. "Przecież można oddać do adopcji, w czym problem?"

W dziewięciu miesiącach ciąży i porodzie. Wiele osób (zwykle tych, których rola w powstaniu dziecka ogranicza się do jego spłodzenia) zdaje się zapominać o tych drobnych szczegółach. A ciąża i poród to wcale nie jest takie hop-siup jak się niektórym wydaje. Kobiety wciąż umierają przy porodach. Ciąża wiąże się z wieloma konsekwencjami zdrowotnymi, o których się na co dzień nie mówi, a które często zostają na całe życie.

7. "Kobiety usuwają ciążę dla własnej wygody."


Jak już wspomniałam, ciąża, poród i wszystko, co nadchodzi potem to nie jest kwestia "wygody". To wszystko ma ogromny wpływ na życie i zdrowie kobiety.


8. "To nie lepiej się zabezpieczyć?"


Oczywiście. Aborcja jest rozwiązaniem właśnie wtedy, kiedy antykoncepcja zawiodła lub z jakiegoś powodu nie została zastosowana. To nie jest tak, że kobiety nie stosują antykoncepcji myśląc sobie "oj tam, najwyżej usunę!".

Nieograniczony dostęp do antykoncepcji jest bardzo ważny i potrzebny, ale to nie znaczy, że aborcja powinna być zakazana.


9. "To trzeba było się nie puszczać. Nie wiedziała, skąd się dzieci biorą? Trzeba ponosić konsekwencje swoich działań."

Więc będziemy karać kobiety za seks każąc im rodzić niechciane dzieci? Doskonały pomysł. Rozumiem, że jak chodząc po górach złamiesz rękę, to lekarz powinien po prostu spytać, po co tam łaziłeś i nie udzielić ci pomocy?


10. "Dlaczego życie kobiety ma być ważniejsze od życia nienarodzonego dziecka?"

Kobieta ma świadomość. Czuje strach i ból. Płód na etapie rozwoju, w którym dozwolona jest aborcja, nie odczuwa niczego. Jego świadomość nie zaistniała, nie ma poczucia straty.

11. "Osoba w śpiączce też nie ma świadomości i nie odczuwa bólu. Też można ją zabić?"


Osobie w śpiączce do przeżycia nie jest potrzebny organizm kobiety. Gdyby był, nie można by przecież zmusić prawnie kobiety do ratowania takiej osoby własnym zdrowiem lub życiem. Poza tym, taka osoba już zaistniała, wykształciła jakąś osobowość, ma wspomnienia i więzi społeczne."

Chciałabym się odnieść do paru punktów - 6,7,9,10 - i powiem wprost - NIE ROZUMIEM JAK MOŻNA BYĆ TAK DURNYM. No nie, nie rozumiem. 
Bardzo łatwo jest mówić o sytuacji kobiety, która zajdzie w ciążę ludziom, którzy nie mają o tym pojęcia - kapłanom, wielu mężczyznom, podstarzałym, bezdzietnym kobietom po menopauzie. Wydaje mi się jednak, że uważanie na lekcjach biologii nie było takie trudne i wszyscy sobie zdajemy sprawę, że ciąża zmienia ogromnie wiele rzeczy w życiu kobiety. Tutaj [x] można znaleźć szereg objawów, niedogodności, komplikacji oraz długofalowych dolegliwości, które wiążą się z ciążą i porodem. Czy wszyscy mędrcy świata pamiętają o tym, że kobieta to człowiek, a nie inkubator? Że choć to nie choroba, to ciąża potrafi dać w kość? 
A sam zabieg aborcji to taka przyjemność? Nie nie nie, to jest zabieg nieprzyjemny, podczas którego może wystąpić wiele powikłań. Proszę mi wskazać jedną kobietę, która bezmyślnie i ryzykownie uprawia seks, a potem macha ręką i mówi "zawsze jest skrobanka!", jedną.
Do dziewiątki się jednak nie odniosę, bo brak mi słów. I życzę, aby ktoś miał dla osoby, której takie genialne myśli legną się w głowie, takie samo podejście. 
Dziesiąte. Tu też brak mi słów. Pro-life, tak? Zgiełk i hałas robione koło płodu to jedno, bo to jego "lajf" się liczy i nie wolno usunąć. A życie kobiety? Ktoś o tym wspomniał? Ktoś, w trakcie pisania owej propozycji zaostrzenia prawa aborcyjnego pomyślał o kobiecie, istocie myślącej, czującej ból, nieraz i upokorzenie. Nie, nikt, pozwolę sobie o brzydkie słowo, kurwa, nikt.

Pani Iza Palińska napisała "Od dzisiaj osoby bez macic pozostają ludźmi, resztę obejmuje jakaś inna forma, porządek odrębny. Osoby z macicami mają dowodzić swojej użyteczności i funkcjonalności, istnieją w ściśle określonym celu. [...]  Pierwszy raz w życiu czuję, jak to jest bać się, że ktoś zaprzeczy mojemu człowieczeństwu. Swoje pretensje do sprawowania nade mną władzy w majestacie prawa rozciągnie aż do granic sprawowania kontroli i nad moją śmiercią.
Więc, przyjmijmy, to już pewne – nie jesteśmy ludźmi. Są nimi blastocysty, zarodki i płody, posiadające swoich gorliwych obrońców, adwokatów, prawa, a może nawet stowarzyszenia, ulubione rozrywki, doroczne festyny."

Cała ta propaganda o krzyczących płodach, płaczu "wyskrobanych" dzieci - ostatnio głośna sprawa - w Szpitalu św. Rodziny przy Madalińskiego jakiś abortowany płód płakał głośno przez godzinę po zabiegu.
"Z dokumentacją medyczną zapoznała się też prof. Ewa Helwich, krajowy konsultant ds. neonatologii. Nie miała zastrzeżeń do działania lekarzy ze szpitala przy Madalińskiego. Podkreśla, że sprawa była trudna, bo pacjentka przyjechała spoza Warszawy i jej ciąża nie była prowadzona w lecznicy.– Lekarze musieli szybko podjąć decyzję. Zwołali konsylium ginekologów i neonatologów i stwierdzili, że doszło do ciężkich, nieodwracalnych wad płodu i są przesłanki do ukończenia ciąży – mówiła prof. Helwich. – Działali zgodnie z zapisami ustawy. Z dokumentacji wynika, że dziecko miało pojedyncze uderzenia serca. Zostało odłożone do inkubatora otwartego i zostało okryte. Tak małemu dziecku nie podaje się leków przeciwbólowych doustnie, tylko dożylnie. By to zrobić, należałoby wykonać wkłucie, ale to powodowałoby jedynie dodatkowy ból i byłoby uporczywą terapią, gdyż to dziecko nie mogło być uratowane. Dobrze, że pozwolono mu godnie i w spokoju odejść.Z naszych informacji wynika, że dziecko prócz stwierdzonej wady genetycznej w postaci zespołu Downa miało też nieprawidłowo działające nerki i wadę serca. – Takie wady serca można operować, ale gdy urodzone dziecko waży trzy kilogramy, a nie 500 gramów – tłumaczy prof. Helwich.Przedstawiciele szpitala twierdzili już kilka dni temu, że informacje telewizji Republika o płaczącym przez godzinę dziecku są nieprawdziwe.– 500-gramowe dziecko nie jest w stanie głośno płakać. Jego płuca są tak niedojrzałe, że może co najwyżej kwilić – mówi prof. Helwich i dodaje, że gdy dochodzi do przedwczesnego porodu i rodzi się żywe dziecko ze skrajnie małą wagą, wieloma wadami i nie ma szans na przeżycie, wtedy lekarze dają je w ramiona matki, ale w tym przypadku było to niemożliwe." źródło 

Dosyć brutalny opis pochodzący oddaje, o co mi chodzi "Ta historia [mowa o powyższej] oczywiście doprowadza zwolenników torturowania kobiet do wściekłości. Nie tak powinno się to rozgrywać. Ideałem jest dla nich, gdy kobietę zmusi się do kontynuowania ciąży, a następnie patrzenia, jak po urodzeniu dziecko kona przez dwa czy trzy dni, tak jak to miało miejsce z pacjentką Chazana, która patrzyła na swoje anencefaliczne dziecko, z wypadająca gałką oczną i bez mózgu, jak powoli umiera od niedających się opanować infekcji.
Serca zwyrodniałych prolajfowców radowały się na myśl o poświęceniu, do jakiego ją szlachetnie zmuszono. Czy jest coś piękniejszego dla obrońcy życia, niż gałka oczna zwisająca na szypułce nerwu i naczyń krwionośnych, dyndająca na policzku skrajnie niedorozwiniętego dziecka?"

Puentę do rozważań o ruchu pr-life stanowią dla mnie słowa pani Katarzyny Mierzejewskiej:
"Część obrońców życia ma dziwną tendencję do zawieszania swojej krucjaty w momencie porodu. Potem słuch o nich ginie. Nie ma ich w pogotowiach opiekuńczych, hospicjach, przy oknach życia. Pod domami dziecka nie ustawiają się tłumy, a rodzice chorych dzieci nie znajdują pod wycieraczką pliku banknotów na sfinansowanie trudnej rehabilitacji. Prawda bolesna i stara jak świat: narodzone dziecko potrzebuje czegoś więcej niż transparenty i okrzyki.
Łatwiej walczyć o zygotę niż o istotę z realnymi, namacalnymi potrzebami. I tu zaczynają się schody. Ciekawe, czy w takich momentach padają słowa: „my już swoje zrobiliśmy, teraz radź sobie sama”.".

Jest we mnie wściekłość, ale i niewysłowiony smutek. Jestem za prawem każdego człowieka do wyboru, w tym wypadku - prawa kobiety do aborcji. Niezależnie od przyczyny - każda rozsądna kobieta wie, że aborcja to nie jest metoda antykoncepcji, że również często wiąże się z bólem, nie tylko fizycznym. Jednak to nasza kwestia - nie każdy moment jest odpowiednim na to, by zostać matką. Naszym obowiązkiem nie jest zachodzenie w ciąże i rodzenie dzieci - naszym oprawcom czy też takich, które przychodząc na świat z góry skazane są na szybkie z niego odejście, często przy akompaniamencie okropnego bólu. Naszym prawem jest wolność i możliwość decydowania o sobie. 
Mówię to jako kobieta, której podobna sytuacja może się przydarzyć.
Mówię to jako obywatel, który chce żyć w państwie, które przestrzega podstawowych praw człowieka.
Mówię to jako człowiek, solidaryzując się z milionami moich sióstr, które muszą walczyć o siebie.


Pozwolę sobie jednak na ironiczne zakończenie tą grafiką:
pochodzi z https://www.facebook.com/RadaEtyki/, źródło: internet

ŹRÓDŁA:
https://www.facebook.com/RadaEtyki/

You Might Also Like

0 komentarze