xx1800xx. ambiwalentne uczucia to moja mocna strona. | "Pan Tadeusz" we Fryczu, czyli wszystko, co ostatnie. [mat-fiz edition]

21:30

Czas w końcu pisać, minęło już dobre parę dni + "wiszę" odpowiedzi moim nowym, korespondencyjnym znajomym, zatem koniec końców wezmę się do roboty.
Ostatnio śpię dużo, w końcu mogę, pierwsze sześć dni wakacji upłynęło mi pod znakiem obojgu rodziców na L4, żyjemy sobie razem, cały czas. W domu. Razem. Wszyscy. Jak słodko. Aż zachciało mi się wyprowadzić.

W międzyczasie zdążyłam być na pielgrzymce maturzystów, jak i skończyć liceum oraz zdać wszystkie matury, zatem zostało mi się dostać tylko na studia


 [niektóre zdjęcia ukradłam Kai, Marcelinie i Gosi ;3]

Nie sądziłam, że to minie tak szybko. Z pierwszoklasistki nagle stałam się abiturientką i snap Kai "wszystko, co ostatnie" stał się "namacalnym" dowodem na to, że jedne z najciekawszych lat mojego życia są za mną. 
Same przygotowania do matury były szalone - czytałam nawet Biblię [nie, nie nawróciłam się w potrzebie, studiowałam "Pieśń nad pieśniami"].

Kiedy w końcu nadszedł czas skreślenia ostatniej cyfry na prowizorycznym kalendarzu-odliczaczu nie wiedziałam jak to będzie. Z jednej strony wiem, że nigdy nie czuję się przygotowana przed takimi egzaminami, zawsze coś można było powtórzyć lepiej; więcej siedzieć nad książkami. Nie czułam się, jak i również nadal nie czuję się na tyle dojrzała, aby mieć ten "EGZAMIN DOJRZAŁOŚCI" za sobą, no przecież to niemożliwe, ja?!?!?!?.



Choć przedsmak tego, jakie egzaminy mogą być wycieńczające mieliśmy w listopadzie to niesamowitym było to uczucie zmęczenie [zwłaszcza przy zdawaniu dwóch w jeden dzień, mnie to spotkało trzykrotnie]
 


To lista zdających filozofię - tzn. fotografia pt. "Ja, dwie osoby w komisji i czterdzieści stolików do wyboru"
A to Marcin aka StoPro.

Kiedy w środę byliśmy na piwie jeszcze to do mnie nie docierało, że to już, proszę bardzo. Szkołę skoczyła, matury napisała, w lipcu dostanie papiery i heja! W świat. Potem przyszłam do domu, dostałam pocztą mój błyszczący długopis, na palec wsunęłam sobie nowy pierścionek... 

życie to nie zawsze diamenty, szampan i bukiety kwiatów.
i choć dostałam swoje bukiety, swoje diamenty i szampany to jest mi nieco smutno.

Ostatnie trzy lata spędziłam jako mat-fiz [z tą różnicą, że moje fiz wzięło się od filozofii, nie fizyki], byłam w szkole, w której poznałam tak wyjątkowych ludzi, jak nigdy wcześniej. Z jednej strony ulgą napawa mnie to, że od września MM nie będzie torturować mnie zbiorkami z lat dziewięćdziesiątych, a z drugiej przecież na ostatnim polskim wyłam tak, że nie potrafiłam się powstrzymać [Dominice też się nie udało]. Rzecz w tym, że ów mat-fiz "wrósł" we mnie, jest dla mnie integralną częścią mojego jestestwa. Aż mi gardło ściska, kiedy myślę, że już koniec z tymi wszystkimi elementami życia szkolnego, które uwielbiałam. Wiem, że będę tęsknić...
Właśnie skończyłam kopiować sobie do oddzielnego folderu zdjęcia, które chcę wywołać... Jak będzie to wszystko wyglądać bez matematyki z Dominiką? Przekomarzania się z Romanem na niemieckim? A czyje pyszne ciasta będę jeść przy byle okazji jak mi ich Żanetka nie upiecze? Skąd będę się dowiadywać o tym, co piszczy w koreańskim przemyśle muzycznym? Z czyjego zeszytu ściągać na fizyce [hehe, obym nie musiała tego robić nigdy więcej w życiu]? A kto będzie tak śmiesznie jadł frytki jak Kaja? Albo robił bezglutenowe i zdrowe spaghetti?
Wiadomo, że mamy XXI wiek, że internet, telefon, cokolwiek elektronicznego ułatwia kontakty ze sobą, ale to nie jest to samo. I jest mi z tego powodu smutno, i jeszcze się zaraz popłacze.

I od tej pory, poza wizytą G na obiedzie w czwartek - spałam. Spałam. Spałam. Zrobiłam trochę porządków, sprzedałam parę książek, znów spałam. Przyszło mi duże zamówienie do Empiku, pięć nowych Stasiów oraz autobiografia Dalego. 

W sobotę wieczorem za to znienacka pojawił się K i obwieścił, że jedziemy do Katowic na Noc Muzeów, bo na tą w Krakowie, która była dzień wcześniej, niestety nie mogliśmy [a dodatkowo KTOŚ inny śnił już swój "Sen o Warszawie"]. W katowickim Spodku przypadkiem spotkaliśmy Sz. P. Jacykowa z obstawą, tym razem nie kręcił żadnego programu, na zewnątrz wyświetlano "Lalkę", a my w końcu, jak zwykle oglądaliśmy parki i fontanny. Ja wprost uwielbiam fontanny.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Nicole (@princessechaos)

Jakoś po północy zostałam zapytana "Jedziemy do Krakowa?" - myślałam, że stroi sobie ze mnie żarty; godzinę później oddychałam już smogiem mojego przyszłego miejsca zamieszkania.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Nicole (@princessechaos)

Pojechaliśmy pospacerować sobie po rynku i okolicach, Plantach, a poza tym zapalić na Wawelu. Mamy takie specjalne miejsce, oglądaliśmy z niego wschód słońca. O czwartej, czyli w okolicach świtu na ulicach Krakowa jest więcej ludzi, niż w Rybniku popołudniu. W sumie - śmiesznie, choć nie wiedziałam co powie nad ranem matka, bo zamiast wrócić koło pierwszej, do domu zawitałam o wpół do siódmej rano.

W poniedziałek natomiast przebieżka po Galerii Katowickiej [żadnej papeterii, cholera, a muszę parę listów tradycyjnych napisać],a  potem Ikea. Meble kupiliśmy, ja się zaopatrzyłam w pled i nowy obraz do gabinetu. Po powrocie, wieczorem, oczywiście wszystko skręcałam. Ja bardzo lubię skręcać meble, uspokaja mnie to.
Szykuje mi się do zrobienia projekt kuchni, potem może wezmę się do jej faktycznego robienia, o tyle wyzwanie, że pomieszczenie małe, a ja jestem przyzwyczajona do open-space'u.

To są moje najdłuższe wakacje w życiu, chciałabym żeby były jak najlepsze, chcę spokojnie wszystko przemyśleć, poukładać sobie rzeczy, a poza tym dużo obcować ze sztuką i nauką. I chciałabym więcej być razem.


You Might Also Like

0 komentarze