xx1802xx. dywagacje o edukacji

22:37

Zatem jest gdzieś koło trzeciej nad ranem, a ja siedzę i czytam przedmowę do "622 upadków Bunga", ostatnimi czasy książki czytam z pomocą ołówka i fiszek, bo zaznaczam fragmenty i miejsca, warte zapamiętania. Mój wzrok biega po jakimś przypisie, gdzie cytowana była praca badawcza na temat pokolenia Młodopolan i myślę sobie "o, szkoda, że nie przeczytałam tego wcześniej, przydałoby mi się to do tamtej pracy o autotematyzmie...", ucieszona zaznaczam sobie, przyklejam fiszkę, a potem mnie uderza: przecież ja już nie będę pisała kolejnego eseju na ocenę u Pana Profesora B.
Potem: przecież moja wiedza na takie tematy nie będzie już sprawdzana.
Na koniec: przecież idziesz na matematykę, tam mało kogo interesują prace badawcze z zakresu literatury.

Zrobiło mi się jakoś smutno.  Niby tak, owszem, lubię to, co postanowiłam robić w przyszłości, wręcz to kocham, ale, ale... Ale sztuka stała mi się czymś niemożliwie bliskim. Nie tylko ona zresztą, nawet prace analityczne dotyczące np. literatury, a nawet sama nauka o języku. Jest tyle fascynujących zdarzeń, interesujących rzeczy, o których chciałabym się uczyć, ale...
Czy będzie na to czas?

Po pierwszych zajęciach z całek miałam nieco dziwne uczucia. Pomyślałam "to szkoła może tak wyglądać?", że mimo niechęci do wstania rano [to się chyba nigdy nie zmieni], miło było iść się czegoś nauczyć. Bez presji ocen, zadań domowych, bycia odpytywanym. Jakie to było świetne!

Oczywiście rozumiem zagrożenia idące za takim systemem - dla części brak "straszaka" w postaci systemu nagród i kar - jakim są oceny - zaowocowałby zerowym przykładaniem się do obowiązku szkolnego. To jest ogółem kwestia kłopotliwa, edukację uważam za konieczną, ale rozumiem, że nie każdy ma ją za priorytet - co więc zatem zrobić z ludźmi, którzy nie chcą się uczyć? Pozwolić im zrezygnować czy przymuszać? I tak źle, i tak niedobrze. Głupie społeczeństwo, to społeczeństwo, którym można manipulować [przykładem może być nasza smutna codzienność], a z drugiej strony sama nienawidzę być do czegokolwiek zmuszana, sprawia to, że moja chęć do wykonania jakiejś czynności wprost proporcjonalnie do wywieranego nacisku, maleje.

Przeprowadzono jednak jakiś eksperyment [wybaczcie, że bez źródeł, ale mam takiego lenia, że nie chcę teraz przeszukać połowy internetu] polegający na tym, że dano dzieciom [wiek wczesnoszkolny bodajże] możliwość wyboru, dla uproszczenia powiedzmy plac zabaw versus szkoła, żadnych konsekwencji, ich wybór - dzieci w większości wybierały plac zabaw, bo hurra, same przyjemności, zero obowiązków, jednakże, po jakimś czasie zaczynało im się nudzić i przychodziły na lekcje. Ów eksperyment miał dowieść tego, że w człowieku jest jakaś taka potrzeba dowiadywania się nowych rzeczy; że nieprzymuszane dziecko, po jakimś czasie, samo zapragnie się uczyć. Ciekawa idea, myślę, że jest w tym sporo prawdy.

ALE


Świat ciągle pędzi i ze smutkiem stwierdzam, że mało prawdopodobne, a już z pewnością w kraju takim, jak Polska, jest to, że zaczniemy dostosowywać rzeczy tak podstawowe jak proces kształcenia, pod indywidualne potrzeby i zdolności. Choć badania Gardnera dotyczące kilku rodzajów inteligencji wskazują na to, że każdy typ ma swój sposób, w który najlepiej przyswaja informacje, to jednak nasze "nowoczesne" państwo jest na to głuche. Myślę, że zwłaszcza u małych dzieci warto by było "określać" te zdolności, bo potem mniej byłoby takich, co powtarzają klasy już w podstawówce przez to, że po prostu metoda, którą były nauczane okazała się nieskuteczna i źle dobrana.

Mogłabym sobie jeszcze popisać o tym, że nie powinno się tak kategorycznie dzielić na ścisłowców i humanów, bo w ten sposób tworzony jest pewien stereotyp, i że ja też byłam jego ofiarą etc. etc. Ale mamy dużo czasu, to może następny razem.

EDIT: tutaj można zrobić test:

moje wyniki np. prezentują się tak:

You Might Also Like

0 komentarze