xx1815xx. Studenckie życie | Waterloo

04:16

drink, quote, and miss image

Czasem mnie to zastanawia, ale przecież znam odpowiedź.

Może opowiem wszystko od początku? Tak chyba będzie najlepiej. 
Od jedenastego lipca było źle, było chujowo, a ja dzień w dzień topiłam się w białej żubrówce, papierosach i Ketonalu, żeby przeboleć, że po prawie czterech latach znów wracamy do punktu wyjścia, oprócz tego, że jebało się moje życie osobiste w głębi serca odczuwałam, że nie dostanę się na matematykę. Żeby powiało grozą dodam, że złożyłam aplikację tylko na ten jeden kierunek, na jednym tylko uniwersytecie - Jagiellońskim.

Czternastego nadszedł sądny dzień, o godzinie 9:36 zobaczyłam komunikat na ceglastym tle, zaczęłam płakać, screen powędrował do mojej matematyczki, z dopiskiem "nie wiem, co mam robić", a potem zaczęłam płakać. Jedenaście lat to dosyć długo, kiedy ma się dziewiętnaście, marzyłam i podążałam w tym kierunku od tylu lat. Nie udało się, a ja się załamałam, dobił mnie Najdroższy, który stwierdził, że to "niefajnie" i, że "czai", że świat mi się zawalił. 

Oparcie odnalazłam w mojej matfizowej rodzinie. Dziękuję Wam, że wtedy dla mnie byliście i znieśliście tamtą sytuację, choć ja sama byłam całkowicie nie do zniesienia.

Choć nie miałam absolutnie na to ochoty, to wzięłam się do akcji: "poszukiwanie alternatyw". Całe szczęście drugi nabór na zarządzanie otworzony został właśnie czternastego, a wyniki miały być w miarę szybko, bo 25ego lipca. Postawiłam, więc na to. 

Prawdę mówiąc moja relacja z matematyką to love-hate, uwielbiam to, ale bywa, że nienawidzę i płaczę przez nią. Umiłowanie do dyscypliny naukowej, ot co. Zabolało mnie, że nie wyszło, pierwszy raz w życiu, na taką skalę. Nie wyobrażałam sobie, że porzucę ten kierunek, że porzucę UJ, więc plan jest taki, że poprawię maturę w przyszłym roku i ponownie przystąpię do rekrutacji, tym razem na rok 2017/2018, co opóźnia z kolei mój plan zrobienia doktoratu przed trzydziestką.

Jedenaście dni, które mi przyszło czekać było okropnie długie, umilałam je sobie pokemonami, wyjściami gdzieś, byle gdzie, pokemonami, spaniem, pokemonami [bo na K liczyć nie mogłam, jakie to zabawne] i pokemonami. 
Też ściskam Feminotekę ♥
nasz mały burdel + Jam Session w Małpie

W sobotę pojechałyśmy do Sylwii do Katowic, gdzie odbyła się Sodoma i Gomora, no wiecie S&G. Najpierw trzy, blisko dwudziestoletnie niewiasty grasowały po Chorzowskim/Śląskim Parku rozrywki i korzystały z dobrodziejstw wszystkich, najbardziej ekstremalnych "karuzel". Od młotów, na których wraz z S bałyśmy się o swoje życie [pozdrawiam nasze "ślizgające" się spodnie, które sprawiały, iż wysuwałyśmy się przy obrotach do góry nogami], przez kolejny obracacz, który w nazwie miał coś z cyrkiem - obracał się o 360 stopni, plus fotele też się obracały o jakieś 270. W tym samym czasie. Nie można zapomnieć też o "chomikach", po których było mi autentycznie niedobrze - chyba się starzeję, rollercoasterach i w końcu - młyńskim kole, na którym S pokonywała swój strach przed wysokościami. No i Słoń, za Słonia należy się Małgorzacie zimny prysznic i tytuł Miss Mokrego Podkoszulka.


Byłam nawet w Spiżu [o co bym się nie podejrzewała, ale spokojnie, nie z własnej woli]. Poznałam Kingę aka Kim Kardashian i Angelę - Emmę Watson, co już ogółem zakrawało na szczyt moich możliwości interpersonalnych, a noc była długa [i owocna w spotkania... trzeciego stopnia. co najmniej.]


Nieco kuriozalne było zderzenie ze studenckim życiem. Możliwość siedzenia na kanapie i palenie papierosa, bo "tutaj" nikomu dym nie przeszkadza, a wręcz, wszyscy palą. Lodówka pełna wódki, napojów do drinków + dwa ketchupy. Hałasowanie w środku nocy, jedzenie tego, co popadnie. Wszystko leżące wszędzie i pięć dziewczyn wybierających się na imprezę. Choć wszystkiego tego doświadczyłam wcześniej, to momentami czuję się nie na miejscu, trochę za stara jestem na takie ekscesy.

Na zarządzanie się dostałam. Siódma pozycja na liście, od kiedy mama obudziła mnie po ósmej rano nerwowo odświeżałam stronę ERK UJ w oczekiwaniu na wynik. I w końcu, po jedenastej, pojawił się barwiony na zielono komunikat. Po policzkach spłynęły mi łzy ulgi. Plan minimum jest - studiuję, wyprowadzam się, należę do jagiellońskiej społeczności. Czy, plus minus, cztery załamania nerwowe [licząc od matur] były tego warte? Myślę, że nie. Nie zwyciężyłam, jak na razie, ale postaram się o to walczyć. W końcu co innego mi zostało?

To nie jest pozytywny post z kategorii tych, że "everything happens for a reason", być może. Nie wiem, nie znam się. Jedni będą zachwalali gap-yeary, inni je krytykowali - dla każdego może to być zarówno szansa, jak i zwiastun porażki. Ja roku przerwy nie chciałam, wtedy być może nie znalazłabym siły na to, żeby robić cokolwiek ze swoją edukacją, tylko do reszty zwątpiłabym w system i zostałabym anarchistką czy innym anty-systemowcem pracującym w McDonaldzie [bo to jedna z niewielu firm, która nie dość, że zatrudnia osoby w każdym wieku, niezależnie od doświadczenia, to jeszcze oferuje godziwe warunki]. Nie trzeba mieć doktoratu, żeby czytać Baudelaire'a.

You Might Also Like

0 komentarze