xx1819xx. Mężczyzna, który ma wszystko.

23:44

Dzięki pani Paprocie [♥] dzisiaj ponownie trafiłam na pewien ciekawy, hmm, eksperyment, powiedzmy, prowadzony na social mediach. Men who has it all - mężczyzna, który ma wszystko. Druga połowa tej dekady zdominowana jest przez memy i inne strony z "obrazkami", zatem zapoznajmy się z nimi! [a także tym, co Pan Autor ma nam do powiedzenia]

Na początku śmiałam się do rozpuku z tych i innych grafik zamieszczonych na fanpage'u, dobry żart, hehe, takie no, podśmiechujki, ale potem coś do mnie zaczęło docierać. Przecież tak jest naprawdę. Przedstawione z wielką dozą ironii i sarkazmu sytuacje przydarzają się naprawdę, w odwrotnej roli przestają jednak być takie "zabawne".

Możemy zacząć chociażby od początku - rozpatrujemy sytuację, w której mąż spakował swoją walizkę i żona jest mu wdzięczna, że tak ją wyręcza. Co najmniej dwa zarzuty - czemu stereotypowo to kobieta wykonuje wszystkie obowiązki domowe, a mężczyzna przedstawiany jest jako leniwy typ, choć czasem zdobędzie się na tak altruistyczny czyn jak spakowanie własnej walizki? Drugi to po prostu - czemu ten stereotyp znajduje zastosowanie w wielu domostwach?

Kolejna sprawa - odsetek kobiet w agencjach rządowych [ale i zarządach dużych firm; ogółem - na wysokich stanowiskach]. Ciężko jest mi tak naprawdę wyrazić w słowach moje myśli na ten temat, o podobnym przełożeniu dyskutowaliśmy niedawno z K, tylko chodziło o osoby LGBTQ+. Zdanie mam jedno - do pracy, na jakiekolwiek stanowisko, powinny być zatrudniane osoby, które mają do tego odpowiednie kwalifikacje. Bez rozwlekania. Koniec. I nie, nie uwierzę, że kobiety nie mają kwalifikacji takich samych jak mężczyźni, którzy zostali [zamiast nich np.] zatrudnieni, często mają i wyższe kompetencje, ale co z tego, jeśli nadal są nierówno postrzegane przez pracodawców.

Trzecią sprawą, którą poruszę jest ten przecudowny pseudoargument pt. "stul pysk, u Arabów baby mają gorzej, więc na co kurwa narzekasz".  No dobra, to była wersja trochę pijacka, ale pobawmy się w analogie! Proszę powiedzieć ofiarom wojny [np. II wojny światowej, bo w Polsce jest ona "modna". Wiecie, "śmierć wrogom Ojczyzny" oraz "63 dni chwały"], który straciły swoich bliskich, same przeszły piekło, że Żydzi mają gorzej, bo ich masowo mordowano, palono i chciano ich unicestwić. Proszę bardzo, proszę mi to nagrać i wysłać. Dosyć brutalna i hiperbolizowana scenka rodzajowa, ale taki argument to jest, bez przeproszenia, pierdolenie. To, co dzieje się w niektórych zakątkach świata - kamieniowanie kobiet, mężowie, którzy stają się wdowcami, bo ich "ukochana" żona spłonęła w wyniku "zapalenia" się od kuchenki; obrzezanie kobiet, etc, jest straszne. Tak, dzieje się wiele okrutnych rzeczy, ale to nie zmienia faktu, że z nierównym traktowaniem i dyskryminacją ze względu na płeć trzeba walczyć.

Kwestia językowa równości we mnie również budzi ambiwalentne uczucia - o sobie mówię w formach męskich, niekoniecznie dodając "pani" przed nimi, po prostu mi to nie przeszkadza, ale oczywiście rozumiem, że to może przeszkadzać. Sprawa dotyczy bardziej języka angielskiego [gdyż polski to już jest zupełnie inna liga] i zawodów/określeń z cząstką -man-.
taki przykład.
Jest mi ciężko o tym mówić, bo nie jestem lingwistą z wykształcenia, więc fachowo się nie wypowiem, ale weźmy kolejną analogię, choć jest ona nieco z dupy, gdyż nasz język jest bogatszy, pod pewnymi względami, niż angielski. Weźmy sobie za przykład, że pływaczka jest określeniem osoby, która uprawia sport - pływanie, pływaczka to forma żeńska, ale nazywa się nią również pływających mężczyzn - bo w uzusie nie ma męskiego odpowiednika, za to grupa mężczyzn chce, aby mówiono, że pan, który pływa to pływak - i tu wkracza grupa Pań, która mówi, że to niedopuszczalne; że dziwnie brzmi; i ze kto by tak mówił. Mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi, i choć sama mogę być profesorem, a nie profesorką to popieram osoby, które walczą o to, aby użytkowani społeczne form żeńskich, czasem nowych, weszło w życie. Wzięłam za przykład w swojej małej analogii grupę kobiet, żeby nie było, że "czepiam się" facetów - czy widzicie jakie to irracjonalne, że grupa [kobiety] ma problem z tym, żeby odrębna od nich grupa [mężczyźni] była nazywana, zgodnie z ich [mężczyzn] życzeniem? (wybaczcie, jeśli zbyt chaotycznie). 

Zamkniemy dzisiejsze wywody rozważaniami nad "wytykaniem" [bo nie wiem jak to nazwać] płci, żeby nie pomylić - nie chodzi o mówienie "pani biegacz" [biorę przykład z ostatniej grafiki przed początkiem litanii swej], tylko o podkreślanie, że nieważne, co robisz, to najważniejsza jest Twoja płeć, albo wręcz odwrotnie - wykonywanie niektórych profesji, ze względu na Twoją płeć dziwi innych, bo przecież to nie jest normalne, aby kobieta była kimś-tam, albo mężczyzna pracował jako ktoś-tam... Nie muszę się chyba zbytnio produkować - obrazek jest dosyć czytelny. Kończąc swoje zabawy ze słowem zostawię tylko to [i parę komentarzy, w których sarkazm jest zabójczy]:


- As a mother of boys, I try to make sure my husband takes my sons to a male doctor. That way they can talk about boy things comfortably.

- I had this one male police officer get his boxers in a bunch over this. Must've been his hormones. But what did he expect when he entered such a female-dominated profession? Everyone so touchy nowadays.

- The problem with male authors is they just write about men. All the female characters end of being sidelined. While normal authors write inclusive stories about women AND men. Still if I see a man reading a male author it's an easy short-cut to rejecting him. Who's going to marry a Meninist!

- I work as a male software engineer. Sometimes I feel like I'm on the outside of an old girls' club looking in, but you know what? As difficult as this may be to believe, I can do anything all those normal software engineers can do.

- I think it's fine when men have a go at writing. It's not like dick-lit is ever going to be classic literature, but at least it gets men reading.

You Might Also Like

0 komentarze