xx1821xx. Praga będąca marzeniem i sinusoida, jaką jest życie.

14:03


Muszę od razu dodać, że wpis jest patchworkiem i kolażem z moich myśli oraz fragmentów, które miałam zapisane na swoim telefonie, także mogę bywać niespójna, jak zawsze.

Nie lubię wstawać wcześnie, więc jeśli można mnie spotkać na nogach o piątej, to pewnie z miłości. Do przygód oczywiście, a także wszelakich podróży - małych i dużych. Tu posłużę jednak radą, czy tam protipem, jak zwał, tak zwał - robienie makijażu, a zwłaszcza kresek eyelinerem, kiedy w planach kilkugodzinna podróż to idiotyzm. Zwłaszcza, kiedy [niemal] całą ją przesypiasz.
Tak więc Jeep sunie, ja leżę, zapięcie z pasów toczy dramatyczną walkę z moim biodrem, wychodzę z niej z wielkim siniakiem, ale co z tego? Czy ma znaczenie atom, kiedy mówimy o wszechświecie? Można powiedzieć, że byłam zamknięta w kole czarów tajemniczem [+10 punktów za znajomość pochodzenia]. To nie tak, że ja chcę uciec, że mam obiekcje, co do miejsca w czasoprzestrzeni, które akurat zajmuję. [A nie, jednak mam, ale nie w tej kwestii]. Z radością przyjęłam jednak ofertę? prośbę? sugestię? pojechania do Pragi w doborowym towarzystwie.

Parę drzemek później zawitałam do Pragi, nad którą piałam z zachwytu już trzy lata temu, kiedy to pierwszy raz pomykałam uliczkami czeskiej stolicy. Jest jednak wielka różnica między "szkolnym" zwiedzaniem, kiedy to zalicza się te wszystkie landschafty standardowe i na check-liście widnieją same pomniki i kościoły, a dosyć swobodnym oglądaniem, i myślę, "przeżywaniem" miasta. Mogłabym tu wstawić dygresję na temat tego, co uważam za ważny, przy odwiedzaniu nowych miejsc, jednakże, mając na względzie niechęć niektórych do filozoficznych traktatów o czynnościach całkiem oczywistych, dam sobie z tym spokój. Esencja jest taka, że jeśli faktycznie interesuje Cię poznanie jakiegoś miejsca, dowiedzenie się czegoś o nim, to nie zapierdalasz po znany landmark - np.wieżę Eiffla, nie robisz sobie pod nią setek zdjęć a pozycjach "trzymam wieżę"/"całuję wieżę"/"wieża mieści się między moimi palcami" i nie pierdolisz, że widziałeś Paryż. Ja uwielbiam celebrować boczne uliczki, siadywać w parkach i czasem pogapić się na ludzi, co jednak, staram się robić ukradkiem.  Także, wróćmy do tematu - my sobie "zwiedzamy" po naszemu, spokojnie, robimy to, na co mamy ochotę - czy jest to picie piwa o 11, czy chodzenie po muzeum.

MUSEUM NATIONALE - NARODNI MUZEUM - to jeden z pierwszych przystanków. W nowym, znajdującym się obok Opery budynku, aktualnie zobaczyć można trzy wystawy - retro, Arkę Noego i "1969 rok zlomu" [rok przełomu]. Szczęśliwym trafem najpierw idziemy pooglądać retro kiecki, telewizory, maszyny do pisania i gramofony, a potem przychodzi czas na wypchane zwierzątka sygnujące się biblijną historią o zabieraniu po parze z każdego gatunku na arkę. Wiele ślicznych okazów, cudowne leniwce.
jest też foka.
No i pajęczaki, na których widok początkowo panikuję. Nie lubię pająków, nie lubię ich grubych, włochatych odnóży w ilości zdecydowanie zbyt dużej, no ale się przełamuję. Nie jest to przeżycie jakieś bardzo aesthetically pleasing, ale daję radę.

Stwierdziłam, że "szczęśliwym trafem", bo ostatnią wystawą było "1969 rok zlomu/breaking year" [teraz sprawdziłam i właśnie wczoraj wystawa miała finisaż] i malarstwo Jiriego Sozansky'ego. Tło oczywiście historyczno-polityczne, na szczęście miałam bardziej ogarniętego w tym temacie kompana [szepnij ZSRR to odkryjesz kopalnię wiedzy]. Jolka na tej historii jednak czegoś nas nauczyła, bo zaczęłam kojarzyć i łączyć fakty. Historia Jana Palacha, studenta, który w ramach protestu przeciwko agresji ze strony wojsk Układu Warszawskiego, na Czechosłowację, dokonał aktu samospalenia, ubrana w obrazy, które mnie doprowadziły na skraj płaczu. Do tego cytaty - samego malarza, jak i innych ludzi, dla mnie najczytelniejszy jest ten:

"PICTURES OF MEANINGS OF WORDS
EXALTATION, STIGMATA RESSURECTION,
SKELETONS, LAST MATTERS, SINDON, BURNT SACRIFICE
HOPE AMONG THEM, VANITY REPELLED 
                                                      DESPAIR"
~ Josef Pleskot

Kultura, to rzecz ważna, więc poszliśmy zobaczyć również Synagogę Jubileuszową, która jest przepiękna. Nie będę opowiadać o walorach historycznych, zagadnieniach architektonicznych w rodzaju stylu, i dlaczego przypomina on nieco ten znany z meczetów. Po prostu, można owym przybytkiem nacieszyć oko.



zero edytowania. #nofilter
Oczywistym przystaniem w Pradze jest Most Karola, tak jak i trzy lata temu, tak i teraz radośnie "pocierałam" świętego Wojciecha, aby spełnił moje marzenia - taka urban legenda, o ile dobrze pamiętam, to z tamtymi, które kiedyś sobie wymyśliłam, całkiem nieźle mu poszło, więc czemu znów nie spróbować? Zwłaszcza, że parę rzeczy mógłby mi załatwić. Pewnie zaraz się niektórym czerwona lampka zaświeci, bo przecież jest zdeklarowaną ateistką - owszem, ale jeśli można spróbować wspomóc swoje szczęście, to czemu nie? Nawet jeśli to kompletna nieprawda i wszystko zależy ode mnie, to jednak szeroko opisywana technika samospełniających się życzeń [jak ktoś da radę zdzierżyć, to podobno Rhonda Byrne i jej "Sekret" o tym traktują] może kondycjonować psychikę i "popychać" ją w dobrą stronę.
prawie plaża nad Wełtawą, w okolicach Mostu Karola.
Słowem wspomnę również o gastronomii - wszędzie, gdzie piłam coś z sokiem malinowym/truskawkowym [wcale nie piwo, piwa z sokiem nie uświadczysz człowieku] to nie był to taki zwykły syrop "owocowy" z kilograma cukru, lecz prawdziwy sok, z prawdziwych owoców.
Nie mam zdjęcia, ale w restauracji Kozlovna, schodami w dół, pod ziemią, dają najlepszą zupę cebulową, jaką jadłam, gulasz w chlebie też dobry.

kolejna, praska "plaża" z kamyków, ze świetną wodą z sokiem malinowym.

lemoniada truskawkowa w Da Capo
espresso macchiato w Miminoo Garden Restaurant
Skoro Most Karola, to i Hradcany, gdzie postanawiamy się położyć na trawie, bo czemu by nie. Miło było poleżeć, pomyśleć, pooddychać czymś innym niż smog, choć nie powiem, kojarzy mi się z domem. Mogłabym wspomnieć i chyba należy to zrobić, że takie leżenie nie spotkało się z jakimiś ostentacyjnymi i zdegustowanymi spojrzeniami, wiele ludzi tak robiło, no może bardziej siedziało, niż leżało, ale liczy się idea. Pod względem mentalności to jednak daleko nam do Czechów, gdzie można palić i pić wszędzie, o każdej porze, a jednak pijackich burd, wymiocin i ludzi w rowach nie zauważyłam, u nas natomiast kompletnie na odwrót.


Z kolei, kiedy przypominam sobie wizytę pod wieżą telewizyjna Žižkov nie sposób jest mi się nie uśmiechać. Podejrzewam, że nadal muszą mi się błyszczeć oczy, no albo nie wiem co, bo podczas pewnej ożywionej dyskusji, gdzie co chwilę było Trump, Clinton, Putin, Rosja i panująca zgoda oraz chyba mimowolny uśmiech z mojej strony sprawiały, że panie kelnerki przypatrywały się mi? nam? i również się uśmiechały. Jestem fanką tego, to znaczy, niekoniecznie samego uśmiechu, tylko takich rozmów, kiedy ów współdyskutujący zna się na czymś więcej niż na układzie programów telewizyjnych, które są dostępne u jego operatora telewizji satelitarnej, a także ostatnią przeczytaną pozycją nie była ulotka z pizzerii. Bonusowe punkty za zgodność, ale nawet, gdyby istniała rozbieżność poglądów, to zawsze cenię sobie dysputy na poziomie.

Wracamy wieczorem do domu, w torebce spoczywa absynt, na rękach niosę Moeta jak dziecko, jestem podekscytowana - i'm bubbling with excitement, bąbelki buzują we mnie, jak w rzeczonym szampanie. Niezmiernie bawią mnie nasze zakupy. Szampan, sok pomarańczowy, pepsi i precelki. Leżakują w domu aż do następnego wieczoru, tamtego jednak słuchamy audycji "Zlate ocko" i Ivety Bartosovej.

Jestem ja, moja świadomość, mokre włosy i nieco dziecinna, bo pozbawiona makijażu twarz. Kiedyś nie umiałam się tak pokazywać ludziom, a zwłaszcza mojemu partnerowi w zbrodni [partners in crime brzmi zdecydowanie lepiej, uroki języków obcych]. Teraz jednak umiem. A zbrodnia? Jaka zbrodnia? Ano, zbrodnia, dla mnie niebywała. Byłam szczęśliwa. Praktycznie cały czas. To skandaliczne, lubieżne i szokujące, z mojej strony, zachowanie  było całkowicie spowodowane przez to, że mogłam robić rzeczy "po swojemu", no, może wpływ miało też to, że sypiałam otoczona aromatem tytoniu, odurzona wolnością i owładnięta uczuciem tak czystym, że sama bym się o nie nie podejrzewała. Jak zwykle pozwolę sobie na perwersyjne igranie z wybujałą wyobraźnią niektórych osobników i napomnę tyle, że szczerze życzę, aby poznali kogoś, kogo słowa chce się bez końca chłonąć i przy kim czuje się, że absolutnie wszystko jest na "tak", a poziom kontroli spada do zera, bo nie trzeba udawać, nie trzeba pasować i nie trzeba spełniać żadnych oczekiwań.

Następnej nocy znów jest Bartosova i Chandon płynący moim gardłem, i w mojej krwi. Potem jest mecz tenisa o złoty medal, wcześniej w barze oglądaliśmy o srebrny. Nie wiemy, kto wygrał którykolwiek z nich. Pamiętam tyle, że Rafael Nadal robi śmieszne miny. No i jak brzmi szampan, chcący uciec z butelki i znajdujący swoje miejsce w kimś innym, rozbrzmiewając w okolicach serca jak setki bębnów, które nijak nie synchronizują się z tym głównym.



I w końcu nadchodzi, musiał nadejść koniec sielanki i powrót. Przypadkiem spotykam sąsiada, zatem ląduję aż pod domem. Przedtem jednak spędzam parę godzin próbując się zdrzemnąć, choć coś mnie powstrzymuje, może organizm każe przyswajać mi ostatnie chwile, kiedy jest prosto, bo wiem, że kiedy wrócę, to już nie będzie. Rankiem o tym pomyślałam i wraz z sokiem, przez gardło przepłynęły mi farmakologiczne próby uspokojenia się i stabilizacji. Spoiler alert - nic to nie dało.

O ile w poniedziałek poszłam "prosto" spać, a raczej tak powiedziałam, żeby spokojnie pobyć ze sobą jeszcze, to we wtorek, wieczorem, zaliczyłam pierwszy dół. Sprzątałam pranie, używając zbyt wielkiej agresji, czułam w głębi siebie jakieś zbędne łzy. Nie byłam zła, bo wróciłam z tak zwanego "urlopu" do obowiązków, bo chwilowo i tak mogę sypiać do dwunastej; byłam wściekła, bo znów jestem w swoim otoczeniu, które nie ma większego sensu, w którym przy kawie rozprawiają o durnych plotkach, tym, co w telewizji i czy jutro na obiad będzie kurczak, czy też może pierogi. Przypomniało mi się, jednak, kiedy wściekle wieszałam rzeczy na wieszaki, że widok mego faworyta, o poranku, z papierosem w dłoni to świętość, sacrum, a nie rzeczywistość. Codzienność to nie podniosłe dyskusje, nie szampan i nie zupełna dowolność, jak na razie. To nie poranki, kiedy zamiast wkurwiającego budzika jest ktoś, kto mówi mi, że właściwie to powinnam już wstać, delikatnie, ale stanowczo, nie doprowadzając mnie jednak do szału.

Najgorzej było w środę i sobotę. Chciałam się zwinąć w kulkę i zaprzeczyć istnieniu, zahibernować się i liczyć, że gdy otworzę oczy, to już nie będzie tego, co doprowadziło mnie do tego stanu. Tak jednak to nie działa. Rozkazałam sobie pisać, tylko tak mogę to przetrawić, a teraz piszę o Pradze. Właściwie to zbliżam się ku końcu. Czuję w sobie wzruszenie, narasta. Przez trzy dni byłam w miarę "normalną" dziewiętnastolatką, która bez pomocy leków nie dość, że nie chciała się rzucić pod auto, to jeszcze była całkiem szczęśliwa. Achievement unlocked.
Ale nie bez pomocy.
Wzruszam się mocniej.
Fin.


You Might Also Like

1 komentarze

  1. Uwielbiam Pragę. Dal mnie obowiązkowe są Creepy babies.
    Za każdym razem zachwyt, zachwyt, zachwyt.
    [blog]

    OdpowiedzUsuń