xx1830xx. Uni-corn, not duo-corn

15:03


Początek sezonu grzewczego przypomina mi, jak świetnie jest być alergikiem. Wcale nie obudziłam się dzisiaj umierając. Wcale nie przyswajam niczego, poza białą herbatą, z dodatkiem maliny. Ale nie o chorobie.
Spędziłam kolejny tydzień krążąc, robiąc, załatwiając i w sobotę wylądowałam we Wiedniu. Nie wiem, który już raz, ale jak zwykle skończyło się na karuzelach, na Praterze. Pierwszy raz (i pewnie ostatni) byłam na feście piwnym. Było głośno, zewsząd słychać było niemiecki, a Renatte na scenie śpiewała szlagiery.
Niestety, nie byłam na tyle pijana, żeby nie słyszeć jej fałszowania. Występowało rownież koło gospodyń wiejskich, które swoim tańcem rozbawiało grono Helmutów pod sceną. Zabawa zabawą, ale dla mnie zbyt głośno i zbyt pijano. Mężczyźni w wieku 50+ chwiejący się na nogach, wpadających na ciebie i wywracających się na ziemię to nie my kind of party.
Wróciłam do domu, wraz z nowymi, srebrno-holo kosmetyczkami, swetrami i paroma innymi rzeczami, do wielkiego zawodu.
Nie mówię, że rozrywam szaty i płaczę, ale zdecydowanie jestem zawiedziona. Zapomniałam, że ja i ludzie, to nie jest dobre połączenie. Moja dekadencka dusza została na chwilę zaślepiona czymś nikłym i nieprawdopodobnym, zostawiając mi rozczarowanie. Dalej się dziwię swojej głupocie, próbach wiary w coś, co niemożliwe.
Koniec końców jestem ja, Ty i reszta świata. Daleko, daleko, z dala ode mnie. Jak zawsze.

You Might Also Like

0 komentarze