xx1835xx. Jestem sztywniarą.

01:40

Usłyszałam to ostatnio kilka razy, od osób, które miały mniej, czy trochę więcej ze mną do czynienia, ale w zasadzie, to niezbyt długo, czy często. Wydawałoby się więc, że albo mają świeży ogląd na mnie, albo nie zdołały mnie poznać. Wszystko jedno?
Jestem sztywniarą, głośno myśląc, spytałam najpierw G, co o tym sądzi, przytłoczyło ją chyba to pytanie, bo nie była w stanie mi odpowiedzieć i szybko temat się zmienił. Następnie napomniał K o tej kwestii, ale czego ja się spodziewałam "ja jestem", tak, tak, i to ze mnie jest taki "okropny" egocentryk. Z głębszych przemyśleń wynikło chyba tyle, że w sumie nam obojgu to nie przeszkadza.
Jestem sztywniarą - i co? Co to właściwie znaczy? Zasięgnęłam rady sjp -

sztywniak
potocznie: osoba poważna, niespontaniczna
Może i bywam poważna [choć dla mnie, moje podejście do życia i obowiązków jest skrajnie niepoważne], ale nie myślałam, że ze spontanicznością mam problemy. Przykład, który omawiałam z K, że w sumie w środę wieczorem zgodziłam się, aby w dwa dni później pojechać do Pragi. Rzuciłam przecież studia w Krakowie, żeby podążać za matematyką. Dosyć spontanicznie lubiłam też opuszczać zajęcia...

Ale może faktycznie, nigdy nie byłam typem, który lubi imprezować, od dłuższego czasu praktycznie nie pijam alkoholu, bo tak de facto lubię oszczędzić sobie porannego poczucia zmarnowania, a może i dlatego, że nie ma tak naprawdę okazji? Ograniczam się do szampana, w sumie to i tak rzadko. Z używek zostały mi papierosy i kofeina. Wypalam ze dwa między zajęciami, czasem idąc na pociąg, a kawy wypijam pół litra, codziennie rano.

Może faktycznie, bo w piątek nie myślę gdzie wyjść i się "zabawić", tylko błogością napełnia mnie fakt, że nie będę musiała zrywać się po piątej z łóżka, żeby dotrzeć na poranne zajęcia. Kusząca jest perspektywa bycia w domu i braku konieczności robienia czegokolwiek. Tydzień roboczy dostatecznie wysysa ze mnie siły witalne, a ja już i tak czuję się przytłoczona interakcjami socjalnymi.

Może to ten moment, w którym mnie bardziej interesuje ergonomia i ustawność przy wyborze nowego biurka [bo te szkło doprowadza mnie do szału, planuję wrócić do drewna], a nie feerie świateł i rzygowin popularnych klubów. Wolę wybierać pościel i dodawać linki z przepisami na listę rzeczy, które chcę ugotować.

Może i rano przycinam wrzosy na cmentarzu, zamiast leczyć kaca po piątku. Może czasem brakuje mi leczenia kaca po piątku, ale wiem, że koniec końców to jeszcze bardziej pozbawione sensu, niż ten szkic "porządnego" życia i starania się odgrywania roli "poprawnie funkcjonującej" istoty. W ogólnym rozrachunku więcej pożytku przyniesie moja nauka, praca własna, próby pisania czy czytanie "mądrych" książek, aniżeli kolejny rausz. Zwłaszcza taki [czyli co 2gi], na którym wszystko jest dobrze, póki nie złapiesz depresji, wódka się nie skończy, a ty nie zaczniesz myśleć, że na świecie jest tysiące ludzi, którzy robią coś, osiągają, spełniają swoje marzenia, a ty siedzisz, kurwa, w tym pierdolniku, nikt nie wie, co się dzieje, tylko bijesz się ze swoimi myślami. Dodatkowo on nie kontaktuje [się], a ty masz do kurwy nędzy dylemat egzystencjalny i ni chuja nie umiesz go sam rozwiązać.

Byłam tam. Byłam też w miejscu, gdzie jesteś sam, gdzie nieważne czy jest środek dnia czy nocy, wódka się nie kończy; wszystko inne zresztą też nie, jeśli o doraźne klapki na oczy w formie doustnej chodzi. Mimo wszystko i tak wiesz, że jest chujowo, ale przecież cię to nie obchodzi. Świat może się walić, a może też rozkwitać, przecież jesteś poza. Więc nie jest chujowo, jest nijako. Bodźce nie istnieją, albo i istnieją, a nie docierają. Jedyne o co chodzi, to żeby nie obchodziło.

Byłam też tam, gdzie dla odmiany wszyscy się śmieją, gdzie jest dobrze. Tam jesteśmy młodzi, bogowie w dodatku. Idziemy przez miasto i piosenka ciśnie nam się na usta. Biegamy przez ulicę, patrzę ci się w oczy i się uśmiecham, przecież jestem szczęśliwa. Albo piszę wiadomość, że o kyrie, jestem wybrańcem losu i wygrałam w totolotka sto razy, bo cię znam, a w sumie to i kocham. Tylko potem szum ustaje, znów jestem trzeźwa, budzę się i już jakoś nie jest tak kolorowo. Nawet jeśli gdzieś mi się tam majaczysz, to rozumiem więcej, niż bym chciała. Przecież alkohol jest depresantem, a kysz.

Może jestem sztywniarą, bo pojęcie luzu zostało spaczone. Może jestem sztywniarą, bo tak naprawdę jestem w zbyt wielu formach, a ta prawdziwa została przy kim innym, i tylko wtedy jestem sobą, w całości. Może nie umiem być sobą całkowicie przy ludziach, bo to tego nie jest warte po prostu? Może łatwiej jest analizować, racjonalizować i patrzeć na to realistycznie. Choć mnie to przestało obchodzić, to wkurwia mnie próba oceny mojej osoby. Zwłaszcza przez ludzi, którzy nic nie znaczą, nic nie mogą i niczego sobą nie reprezentują zbytnio. Ale nawet jeśli, to all in all, to nic nie znaczy.

Może jestem sztywniarą, bo się nią urodziłam? A może nią nie jestem? A któż to wie. Nie muszę udowadniać; nie muszę być "cool". Nie muszę już być w centrum, nie mam już fear of missing out. Nie muszę nikomu "odpowiadać", być powszechnie lubiana. Paradoksalnie, wydawałoby się, że mając bpd poszukuję ciągłej akceptacji środowiska, ale jakoś nie. Zaczynam się izolować, matka nazywa mnie odludkiem, ale mi dobrze z tym, że dopuszczam pewną ilość ludzi do siebie, a nie każdego. Nie ma musu, żebym była jakimś social butterfly, jeśli ktoś mnie zainteresuje - otwieram drzwi, być może je zamknę, a może zostaną one dla niego otwarte. Żadnych tłumów, zbyt mnie to męczy.

Dzięki tym spostrzeżeniom lepiej mi się zasypia w nocy. Niczego nie muszę. Strefa komfortu.

it's hell on Earth and the city's on fire
inhale, inhale there's heaven
there's a bull and a matador dueling in the sky
inhale, in hell there's heaven

You Might Also Like

0 komentarze