xx1842xx. Po cichu wślizguję się tutaj.

01:25

Piętnaście minut niekontrolowanego łkania, do serca przyciśnięty plik fotografii, na ostatniej z nich para dziewcząt w wieku licealnym, na głowach mają czapki Mikołaja, a na drugim planie, w obręczy obwiniętej złotym łańcuchem młodzian, próbujący zaburzyć kompozycję zdjęcia. Niewyraźne, poruszone, datowane na rok 2014.
Zbiór kolejnych kilku fotografii, rok prawdopodobnie ten sam, klasowa wigilijka, na jednej z nich inna dziewczyna kroi ciasto; następna, rudzielec w czarnej, koronkowej sukience puszcza oczko do obiektywu, w rękach trzymając paterę. Na innych znów widać zastawione wypiekami ławki, grupowe ujęcia...
W białej ramce, stojącej na półce nad kaloryferem, znajduje się czarno-biała fotografia, wykonana rok temu, trójka uśmiechniętych ludzi, jedna z dziewczyn, ta w "świątecznym" sweterku, obejmuje drugą. To ich ostatnia, klasowa wigilijka.

Otoczona stosem papierów, teczek i mojej przeszłości otrząsam się z *bezzasadnego* wycia, gładzę kartkę zapisaną wzorami z fizyki, tak dobrze znanym mi pismem; wiem, że na nic mi się w życiu nie przyda, ale to artefakt mojej przeszłości, o której chcę pamiętać.

Płyta opisana "pożegnanie klas szóstych, 2010". 
Wyrzucam, nawet nie było mnie na tamtym zakończeniu; byłam na wakacjach, na których wcale nie chciałam być, ale czyżby miało być wtedy [jak i kiedykolwiek wcześniej, czy później] uszanowane moje zdanie?

Kilka stron zapisków, rysunków i schematów, może z 2011.
Worek na śmieci się przepełnił, muszę wziąć nowy.

Zbiór kartek z rozwiązanymi zadaniami z funkcji kwadratowej, notatki i rękopis z materiałem, który ukazał się w pewnej książce, kartkówka z historii, ze "śmiesznymi" odpowiedziami jednej z koleżanek, datowane na 2011 lub 2012 rok.
Nie zastanawiam się dwa razy, wyrzucam.

Potwierdzenie przyjęcia do liceum i odbioru dokumentów do tego niezbędnych. 
Zostawiam, wkładam do teczki, świeżo opisanej naklejką "dokumenty".

***

Kończę sprzątać, siadam przy biurku i przepisuję notatki z logiki kwantyfikatorów, z ramki spogląda na mnie dziewczę, które, przez trzy lata, siedziało obok mnie, kilkanaście godzin tygodniowo. Ściska mnie w dołku, a na szarej koszulce rysują się jeszcze oznaki mojej tęsknoty.
Teraz siedzę i piszę, mimowolnie uciekam wzrokiem w bok i patrzę na twarze, które sprawiają, że to znów się we mnie odzywa.

Przed lipcem 2013 moje życie istniało, owszem, miewało nawet bardzo dobre momenty, ale jego większość wylądowała w koszu, bo tam jej miejsce. Z kolażu, który wisi po lewej stronie od łóżka tylko jedno zdjęcie pochodzi z tamtej rzeczywistości; jesteśmy na nim we dwie, ja mam kocie uszka, stoimy pod zwisającą z sufitu lampą, w pokoju na ulicy Partyzantów.

Wycinam dane fragmenty i je sklejam w obraz tego, kim/czym byłam, jestem i, w domyśle, mam zamiar być. Kawałek po kawałku, każdy ważny moment, choćby w ogólnym rozrachunku jego waga mogła blaknąć [ale przecież wtedy, kiedy się dział, był arcyważny], ku przyszłości.

Mimo wszystko, po raz pierwszy ma przeszłość, do której mogę tęsknić.





You Might Also Like

1 komentarze