xx1845xx. ver.3

22:06

Trzeci raz piszę tę notkę, może tym razem mi się uda...
Uda mi się posklejać, dopisać i dać świadectwo własnego istnienia, które z nieznośnym uporem kontynuuję, choć dawno straciłam pojęcie sensu działań, którym się oddaję.

fragment z 12.01
Biorę pierwszy łyk piwa - cholera - skapnęło mi na koszulkę, trudno, przy drugim jestem już ostrożniejsza, obok mnie stoi duży kubek z czarną kawą, rzeczone piwo i blister biotropilu. W drugiej karcie otwarte mam video.vogue.com i staram się obejrzeć 73 questions with Emma Stone, które oglądam od października [tylko zawsze jakiś błąd jest, wideo  nie chce się ładować, etc.]. Uderzam w klawisze na tyle szybko i z taką manierą, że trzęsie się biurko, co powoduje, że płyn w kubku niechybnie się za chwilę wyleje, trudno. Kilka minut temu przyniosłam sobie pudełko chusteczek, bo mam okrutny katar, najwyżej nimi będę ratować sytuację.
Przedtem dwukrotnie dzwonił telefon, dopiero za drugim razem odebrałam; wisząc nad kuchennym blatem i jedząc jako takie śniadanie, bo wciąż mam jakieś pozory do stwarzania.
Chciałam dziś pracować, ale kofeina w połączeniu z sześcioprocentowym desperadosem kazała mi włączyć muzykę i śpiewać wszystkie piosenki. Nie przeszkadza mi nawet Justin Bieber lecący obecnie z Trace'a, jem sobie chrupki-duszki i kontempluję nad tym, że niebawem sesja, ja mam do pozaliczania jeszcze analizę i moodle'a z algebry, plus zadanie z informatyki do skończenia, a jedyne, co robię to próbuję ogarnąć siebie, aby spróbować funkcjonować jak człowiek.
Prawda jest taka, że jestem przemęczona, zestresowana, przez tę długą przerwę tak naprawdę byłam codziennie wkurwiana przez osoby, które łaskawie sprowadziły mnie na ten świat.
O BOŻE, PUŚCILI "Apparently" J. Cole'a. That's my fucking jam, let's siiiiing.

Posłuchajmy sobie razem.

This is my canvas
I'ma paint it how I want it baby, oh I
This is my canvas
I'ma paint it, paint it, paint it, how I want it nigga
Fuck you cause there, there is no right or wrong, only a song
I like to write alone, be in my zone

Wczoraj przespałam połowę wykładów, pod koniec drugiego natomiast mój brzuch postanowił mnie poinformować, że ma wyjebane, że jestem pośród ludzi, mam zajęcia i jeszcze ćwiczenia z analizy potem, i zaczął manifestować swoje niezadowolenie ponownie doprowadzając mnie na skraj omdlenia z bólu. Dzięki, dzięki. Po powrocie do domu znów spałam.

PsyMed pozwolił mi znaleźć u siebie rzeczy takie jak severe depression, BPD, OCD, Cluster B  i Schizoidpersonality disorder, dowiedzieć się, że jestem socjo- i psychopatką i najpewniej musiałabym pracować ze szwadronem psychiatrów i terapeutów, co i tak nie gwarantowałoby tego, iż moja egzystencja wpasowałaby się w ramy tego, co przez ogół nazywane jest normalnym.
Do tej zabawy zainspirował mnie Ray z Miłości po 30stce, tak samo jak do przeczytania tego wpisu:
What If My Favorite Thing to Do Is Nothing? (Notes on Slug Life) co zaprowadziło mnie do myślenia o czymś, o czym nie chcę myśleć...

Są we dwie, ta racjonalna, i ta, która ma przedrostek ir-. Ta druga w końcu przyznaje się do czegoś, co było oczywiste: "Intryguje mnie." Zdanie tak proste, jedno orzeczenie, podmiot ukryty, a doprowadza do czegoś, co jest ni szałem, ni entuzjazmem. "Kontynuuj." mówi pierwsza.  "Nie potrafię tego wytłumaczyć, przecież ja tego nie chciałam..." - "I?" - "Chcę wiedzieć więcej, zbadać istotę rzeczy..." - "Pierdolisz, tak naprawdę zachęciło Cię zainteresowanie Tobą, a teraz masz kryzysy egzystencjalne, bo nie rozmawialiście od kilku dni, a potem znowu się uśmiechasz do wiadomości, które dostajesz." - "Racja... Ale gdyby nie fakt, że poczułam dziwną nić porozumienia, to by mi nie zależało, żeby to zgłębić!" - "Plączesz się w zeznaniach." - "Dobrze. Jestem ja, odseparowana od tego, co znałam; pozbawiona obecności bliskich mi ludzi, chcę w końcu jakiejś jakościowej relacji opartej na DYSKUSJI, nie na zajmowaniu geograficznie bliskiej pozycji. I poczułam, że to może być to, że jestem ciekawa, czasem wkurzona, Kyrie, że on mnie nawet wkurwia czasem, swoją protekcjonalnością, stanowczością; przyzwyczaiłam się, że nikt nie jest na tyle odważny, by próbować coś forsować..." - "Człowiek-zagadka Ci się trafił i już dostajesz pierdolca.".

fragment z 23.01
Mam zaczętego dosyć długiego posta, który w roboczych leży już gdzieś dwa tygodnie, był on uroczy; doprawiony piwem i zbyt dużą ilością kofeiny, jednakże muszę go solidnie edytować, bo od tamtego czasu parę rzeczy się pozmieniało.

Nie zmienił się jednak fakt, któremu usilnie próbuję zaprzeczyć, nie chcę tego dopuścić do siebie, a najlepiej chciałabym to w sobie zdusić - zafascynowałam się, może i lekko zauroczyłam, czy usprawiedliwi mnie fakt, że chodzi tylko o umysł? Ja, prawie dwudziestoletnia kobieta, która serca wyzbyła się ponad cztery lata temu, doprowadziłam do pobocznego zainteresowania. Chciałabym powiedzieć, że jest to czyste i spokojne, ale gdy w grę wchodzi pasją zawsze pojawiają się jakieś brutalne namiętności, chęć dominacji, etc. Zawsze wplątywałam się w rzeczy brudne, chore i stroniące od zdrowej normalności. Tłumaczę jednak sobie, że nie należy ulec temu, wraz z oddaniem serca chciałam wyrzec i wystrzec się podobnych ekscesów w przyszłości. To bardziej logiczne, spokojna jesień, przechodząca w zimę jest lepsza od upalnego lata.

A jednak czuję i czuję się inaczej. Nie mogę powiedzieć, że mi się to podoba, ale kłamstwem byłoby, że nie bywa przyjemnie. Wyostrzają mi się zmysły, trafiłam na godnego siebie przeciwnika, przy którym powierzchowne argumenty nie przechodzą. I kłócę się. Wściekam. A potem uśmiecham. Kolejna sinusoida, którą dokładam sobie do swoich stałych. Stała sinusoida, matematycznie błąd rzeczowy, ale teraz piszę. To był środek stylistyczny - kryguję się sama przed sobą - chodziło o to, że występowanie sinusoid w moim życiu jest zjawiskiem stale się pojawiającym.

Piszę. Miałam przerwy od pisania, przerwy w pisaniu, a przecież tak głośno mówi się o zaletach prowadzenia dzienników, opisywania swych dni, przeżyć, myśli, stanów i planów.

Pociąg ma odjechać o 13:32, siedzę na niezbyt wygodnym krześle, ale przynajmniej siedzę i mogę pisać; powiedziałabym, że pisanie jest najważniejsze, ale ktoś by mnie ofuknął. Jesteśmy matematykami, chcemy nimi być, to nimi bądźmy. Dzielnie zdobywam zaliczenie z analizy, na informatyce byłam dzisiaj tylko po wpis, bo pan dr niczego więcej od nas nie chciał; dobrze, bo więcej czasu na naukę, wydarte minuty na napisanie notki czy - może gdy już będę w pociągu - czytanie książki. Znowu brakuje mi spokoju i wolnego, czekają mnie jeszcze dwa kolokwia - w środę i piątek, jutro odrabiamy zajęcia, więc kolejne dwie godziny dłużej w przybytku, który ani trochę nie przypomina pięknego wydziału Matematyki i Informatyki UJ.

Ale może lepiej? Zastanawiam się czy studiowanie matematyki i mieszkanie w pięknym, ale obcym mieście nie byłoby podwójnym przygnieceniem dla mojej wątłej psychiki, ostatnie kilka miesięcy upłynęło mi na załamaniu nerwowym, które było wyjątkowo rozlazłe i nieprzyjemne. Stan depresyjny trwa nadal, ale staram się walczyć. To po prostu takie dni, tygodnie i miesiące, gdy wstanie z łóżka jest jak przepłynięcie kanału La Manche w zimę - albo zimne, nieprzyjemne i męczące, albo niemożliwe, bo zamiast ciekłej wody jest lód.

fragment z 28.01

Nie Nicole, to nie ma najmniejszego sensu; nie będziesz się edytować. Ale mówię też o tym drugim, że sensu nie ma. Przecież wiesz.

Przecież wiem.

Czasem jednak pragniemy czegoś tak bardzo, że szukamy w zupełnie nieodpowiednich miejscach. Ja potrzebuję znaleźć odpowiedź na pytanie, gdzie tak naprawdę jest moje miejsce. Potrzebuję także punktu zaczepienia, czegoś, co da mi poczucie realności.

W międzyczasie AG wysłała wyniki drugiego kolokwium, we wtorek pofatyguję się po wpis i historia wygląda całkiem dobrze. Czekają mnie egzaminy, które już teraz wysysają ze mnie całe życie. Ale muszę to zrobić. Muszę.

Nie mam siły mówić nic więcej, a poza tym moje pokaleczone palce mają dosyć klawiatury.

You Might Also Like

0 komentarze