xx1849xx. czwarta rano

04:58

Kolejna noc, kiedy moje oczy w środku nocy/nad ranem są szeroko otwarte.
Gdzie nie spojrzę, tam panuje w jakimś stopniu, mniej bądź więcej zaawansowanym, chaos. Stos książek, zeszytów, plik kartek z wynikami badań, zakreślacze, długopisy, kalkulatory, na wpół puste butelki po wodzie Żywiec Zdrój i ubrania.

Dni się zlewają, po drodze miałam przygody z dziekanatem, przygody z kurierem i całkiem satysfakcjonujące wyniki z kolokwiów. Jest też grupa. Grupa powoli jest jak mała sekta, koło wzajemnej adoracji i żywy twór, za którym powoli nie potrafię nadążyć. Zniknęłam z internetu powszechnego po to, żeby kryć się za zamkniętymi [i jeszcze jednymi, zupełnie tajnymi] drzwiami.

"Przygody" są przyjemną formą socjalu, gdzie żart mam nadal błyskotliwy, a język jeszcze cięty, miła odskocznia od szarej, uniwersyteckiej codzienności, gdzie naszymi tematami jest tylko i wyłącznie uczelnia. Na nowo przekonuję się do ludzi, na nowo uczę się z nimi rozmawiać.

Przełamuję wstyd przed moim głosem, niebawem znów przejmę snapa grupowego i będę opowiadać o różnych drobiazgach. I śmieję się. Zwłaszcza kiedy W posyła londyńskie przygody swojego psa, albo nagrywa szczególny fragment "Partition" i posyła mi wideo robiąc sugestywne miny, ledwo powstrzymując się od śmiechu. Inside jokes.

Mniej się przejmuję, wychodzę w spodniach z piżamy do osiedlowego po ser i budyń, kiedy siadam na krzesło przed Jackiem i słyszę, że twarz mi się nieco zapadła od ostatniej wizyty, sama żartuję, że takie są uroki dorosłego życia, bo w końcu już nie -naście, a -dzieścia, podkreślam, że bez makijażu i tak wyglądam młodziej, ale co się miało odbić, to już się odbiło.

Zaczynam miewać dni, w których jest bardziej dobrze, niż źle, co nie znaczy, że nie jestem zmęczona. Kyrie, ile to wszystko sił kosztuje, ile godzin spędzam na nauce... Ale od momentu, w którym pisałam do prodziekana maila z prośbą, aby został moim opiekunem naukowym poczułam przypływ konieczności, aby zrobić wszystko dla matematyki, tyle, ile mam sił, a nawet i więcej. Pojawiła się determinacja, chora ambicja odżyła.

Czekam na wizytę u endokrynologa, jeśli opcja z tarczycą się potwierdzi, to po lekach powinnam mieć w końcu więcej energii. Na ten moment zostaje jednak olej z wiesiołka, witamina B, i "sesja" w tabletkach, bo kofeinę najchętniej przyjmowałabym dożylnie.

Ale boję się, oczywiście, że się boję. Nadal miewam stany lękowe, kiedy przed snem trzęsę się i płaczę, że tak naprawdę nie wiem co robię, że może kompletnie się nie nadaję do tego, co robię/chcę robić; że to wszystko jakaś farsa, ale muszę przyznać, że poza momentami, a także chronicznym zmęczeniem to zaliczam pierwszy poważny epizod poprawy i sama nie wiem, co o tym myśleć. Nie chcę tego zaprzepaścić, odpukać w niemalowane.

Jeśli jeszcze zaliczę kolokwium z analizy na co najmniej 50% to będzie znaczyło, że planety naprawdę korzystnie się ułożyły.

A może to ja zaczynam ogarniać życie?

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Zazdroszczę uczucia ogarniania życia. Serio.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba za słabo odpukałam, ostatnie dwa dni zjebałam wybitnie

      Usuń