xx1852xx. padlina w zlewie.

00:12

Ściągam bransoletki, najpierw z prawej ręki, szamocąc się nieco z zapięciem, znak nieskończoności, prezent na siedemnaste urodziny; potem z lewej, niedomknięte serce sygnowane logiem CK, ze stali chirurgicznej, zimnej, jak to, co we mnie.

Dobrze, końcówki zapięć już nie obijają się o klawiaturę i nie doprowadzają mnie do szału. Jeszcze tylko kilka poprawek w ułożeniu laptopa i rąk, i będę mogła pisać.

Przestałam się odzywać, napisałam tylko do M o notatki z algebry; wściekła wysłałam smsa o treści "to nie ma sensu" i niech wali się świat, dosłownie, w przenośni i w co najmniej dwóch tego słowa znaczeniach.

Parzę sobie palce wrzątkiem, nie wydaję nawet dźwięku, nie czuję bólu, jedynie go zauważam. Obserwacja, bez odczuwania. Jedyne, co mi teraz towarzyszy to wstręt. I to nie dlatego, że spoglądam na stojący w zlewie garnek z odmrażającym się mięsem. Stopiony lód po drodze musiał zebrać kryształki krwi i teraz ten kawał padliny oblewa czerwony welon własnego, ironicznie, życiodajnego płynu. To, co kiedyś było zwierzęciem spotkała śmierć, tak samo jak i spotka mnie, może z bardziej górnolotnych powodów, a może zarżną mnie, bo kolejna idea będzie potrzebowała krwawej ofiary. Tylko, że mnie włożą do ładnej skrzyneczki czy pudełeczka, bardziej eleganckiej niż ten cholerny, litrowy srebrny garnek, o wdzięcznej nazwie mleczak.

Zabijam komarzycę jednym, pewnym ruchem. Przez chusteczkę ściskam palce, by pozbawić ją tego, co wyznacza powód jej życia. Mojej krwi nie zdążyła tknąć. Tej czerwonej rzeki przepełnionej alkoholem, która ostatnio dała kiepskie wyniki jeśli chodzi o cholesterol i parametry wątrobowe.

Światło odbija się w kieliszku i tworzy na białym biurku świetlistą, różową gwiazdę. Cierpki posmak przebiega po moim języku, podniebieniu, rozgrzewa krtań. Gardło, które czuję potrzebę krzyku, który tłumię i zamykam. Potem zamykam oczy i udaję, że niczego nie ma. Czuję napór pod powiekami. Jestem i przez to chcę rozpierdolić wszystko, co jest na mojej drodze. Wszystko, na co pracowałam. Wszystko, o co się starałam.

Znów mam około czternastu lat i usuwam ze strun głosowych to, co powiedzieć byłam powinna. Zamiast tego się izoluję, nie ma we mnie słów, które mogłabym skierować do kogoś, są tylko takie do eteru. I deszcz. I drobny grad bijący o okno dachowe. I kwaśny posmak na ustach. I moje wargi, które zaraz zgryzę do krwi.

Chciałabym wierzyć, że dorastam, że naprawdę znajduję nowe drogi, rozwiązania i coś w mojej głowie zostało po tych awanturniczych latach walki samej z sobą. Nieprawda, jednym haustem opróżniam kieliszek i wiem jak bardzo nienawidzę tego, co wyczuwam pod powierzchnią swojej skóry.

Świadomość. Jestem zbyt wielu rzeczy świadoma i jak zwykle nie rozczarowuję siebie, i postępuję tą samą, utartą ścieżką. To niemalże tak ohydne jak bezsilność. Znam każdy swój kolejny krok, choć próbuję się odciągnąć od schematu, ale nie, topię się w swoim zdegenerowaniu.

W końcu jestem kurwa ARTYSTKĄ, ryję to sobie w duszy. Litera po literze. JA MAM PRAWO. Rozsypać się, poskładać, poukładać na nowo.

Ale to przemiana fizyczna, nie chemiczna. We właściwości materiału nie zachodzą zmiany.


dark, Darkness, and metal image

You Might Also Like

0 komentarze