xx1854xx. Pożegnanie maturzystów w rok później.

03:16

Przestałam sypiać w nocy, próbuję skupiać się na pracy, zaczynam robić coraz więcej, ale nadal miewam swoje fobie i strachy. Wychodzę z domu głównie bezosobowo, lubię wmieszać się w tłum i iść, być unus multorum.
Zostało mi napisać trzy listy i jedną kartkę, spakować się i wyruszyć w podróż życia do Gdańska, nieco się boję, ale myślę, że będzie dobrze. Ale dzisiaj nie o tym.

***
Rok temu skończyłam szkołę, dokładnie dwudziestego dziewiątego kwietnia dwa tysiące szesnastego roku. I jeszcze nie do końca w to wierzę. Mentalnie na pewno pozostałam licealistką, sercem też zostałam w swojej jedynej i niepowtarzalnej szkole.
Choć jedno zakończenie już przeżyłam, to drugie wcale nie było łatwiejsze, nadal się wzruszałam, nadal biłam brawo wybitnej młodzieży, równie gorąco, jak moim kolegom i koleżankom rok temu. Nadal też rozpierała mnie cholernie wielka duma, że ja także byłam, a także i jestem częścią tej społeczności, i że Frycz jest bardzo wysoko na liście moich sentymentów.
Począwszy od genialnych występów [jak zwykle Patrycja Szendzielorz dodała pazura tej z pozoru nudnej i monotonnej gali],
(rozpoczęcie uroczystości, genialny zespół i genialni wokaliści)

 
(ambasadorka Frycza Karolina Słomka wykonująca "Wrony" Piotra Roguckiego)

(ostatni występ)

świetnej konferansjerki, poruszających przemówień, na uhonorowaniu statuetką Frycza kończąc. Kolejny raz ta szkoła skradła moje serce.
Tak, jak wtedy, gdy na przekór moim rodzicom postanowiłam dołączyć do tej kuźni talentów, z której wychodzą wspaniali artyści, młodzi naukowcy, lingwiści, przyszli lekarze, architekci, fizycy, matematycy i jaka-jeszcze-tylko-dziedzina-przyjdzie-na-myśl.
Tak, jak wtedy, kiedy na zabój zakochałam się w tym, jakim człowiekiem jest mój ukochany polonista, który sprawił, że jestem choć tyćkę mniejszą ignorantką, która teraz nie wyobraża sobie swojego życia bez tych humanistycznych elementów, bez poszerzania wiedzy z dziedziny językoznawstwa, historii literatury, czytania klasyki, etc.
Tak, jak wtedy, w sali 0.9 odkryto przede mną logikę, która w późniejszych latach miała zostać moim mostem między byciem ścisłowcem, a humanistą; matematyką, a filozofią.
Tak, jak wtedy, kiedy wygraliśmy te swoje wybory na samorząd, a ja sama zaczynałam dochodzić do etapu tworzenia samej siebie, na nowo.
Tak, jak wtedy, gdy zaczęłam się bawić w olimpiady i konkursy, i mieć jakieś osiągi.
Tak, jak wtedy, gdy otrzymałam wsparcie, swoistego rodzaju reassurance, kiedy tego najbardziej potrzebowałam, na ławeczce obok 0.1, będąc na skraju nerwicy.
To nie były proste trzy lata, w skład, oprócz chwil pięknych, podniosłych, śmiesznych, pierwszych razów na scenie, ale i w życiu, były te straszne, okropne, pełne wojenek i cichych porażek.
Dziś patrzę triumfalnie, mierząc wzrokiem pewne jadowite stworzenie; u mnie jest przecież cudownie; obejmuje mnie pani dyrektor, śmieje się ze mnie, że tęsknię za szkołą, a kiedy miałam okazję, to do niej nie chodziłam; wtulam się w najukochańszą Basię i nie umiem powstrzymać łez na jej widok, zrobiła dla mnie więcej, niż ktokolwiek, pewnie nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, nadal zresztą robi, bo nadal wierzy; z germanistką rozmawiam o moim doktoracie, że brakuje mi jej lekcji, bo mój niemiecki zaczyna umierać, kiedy mówi mi, że ładnie wyglądam jest mi po prostu ciepło na sercu. Jestem w domu. Niestety, jedyny mężczyzna, którego słów krytyki potrafię słuchać szybko się wymknął z uroczystości i nie zdążyłam mu powiedzieć jak ważnym jest dla mnie człowiekiem, jak tęsknię za jego lekcjami i anegdotami, mam gdzieś je pospisywane na stronach kalendarza. Chyba nigdy nie zapomnę tego, jak powiedział mi, że lubi mój styl.
Nie zapomnę tak wielu rzeczy; szaleństw mojej klasy, dyskusji o Chagalu z najbardziej zabieganą anglistką świata, większych i mniejszych sukcesów, tej wyboistej drogi, ale przede wszystkim ludzi. To właśnie w tej szkole poczułam się pierwszy raz na swoim miejscu. Pierwszy raz pośród "swoich".
Nie każdy może się poszczycić takimi wspomnieniami. Mimo miliona łez było i milion uśmiechów, właściwie moje pierwsze od dawna, szczere uśmiechy; nauczenie się chodzenia na co dzień w sukienkach i spódnicach, pokazywania twarzy bez makijażu, doświadczania stymulującej dyskusji i pasji, i walki.
Wywalczyłam swoje, choć teraz chciałabym wywalczyć powrót.
Nostalgicznie i ze łzami na końcu rzęs piszę to wszystko, dosyć nieskładnie, patrząc na poniższe zdjęcie, które, niedługo po jego zrobieniu, zostało wywołane i oprawione, a teraz stoi obok mojej toaletki. Codziennie na nie patrzę. I niczego nie żałuję.


You Might Also Like

0 komentarze