xx1855xx. Pora na Przygody Oli Radomiak w Katowicach.

20:43

Odejścia bywają czasem nieudane, głównie z powodu jakichś niewytłumaczalnych uczuć czy sentymentu, a także kilkudziesięciu osób, którym jakaś laska z Internetu jest na tyle bliska, że foldery na facebooku oraz snapchat nie wytrzymują, bo zalewa je wiele ciepłych słów, miłości i brokatowych jednorożców niosących ukojenie.

Myślę, że równie dobrze wie o tym kobieta, której poświęcona jest dzisiejsza notka.

***

Kolejna odsłona tournee po Polsce Aleksandry Radomiak – tym razem na Śląsku, w moich prawie rodzinnych Katowicach. Smog był jej niestraszny i tak oto, w zielonej sukience i z piwem w ręku Ola opowiedziała m.in. o różnych miejscach, w których pracowała, zatargu z lokalnym paparazzo, a także najbliższej osobie w jej życiu – Babci. Tej Babci, która swoją ripostą potrafi zwalić z nóg każdego.
Dodatkowo, mi się udało jeszcze „pomacać” Olę, bo mogłam się przytulić, a potem nawet wyjść z nią na papierosa, ha, no i powiedziała mi, że ładnie wyglądam. Fejm jak zawsze się zgadza.

Jako, że wiosna [lepiej nie mówić głośno, bo znów spadnie śnieg] w pełni, a na tę porę datowana miała być premiera książki Oli padły pytania również o nią – niecierpliwców takich jak ja, uspokajam – proces kreatywny się zakończył i teraz reszta leży już w rękach wydawnictwa. Co do samej zawartości – ma być ona niespodzianką. Dostaliśmy także informację, że powstaje komiks we współpracy z rysownikiem, któremu zdarzyło się zilustrować już odcinki Przygód. Tu jeszcze większa tajemnica, bo projekt, a właściwie sam scenariusz, za który odpowiada panna Radomiak dopiero powstaje.
Z kwestii czysto artystycznych/pisarskich padło pytanie, również mnie nurtujące, czy Ola dużo czasu spędza na edytowaniu swych postów – zadająca pytanie uczestniczka spotkania dodała, że kiedy ona pisze, to musi potem to jeszcze przejrzeć i zazwyczaj połowę usuwa. Autorka Przygód odparła, że bardziej zajmowało ją to w czasach, gdy Facebook nie pozwalał edytować dodanych postów [któż z nas nie padł wtedy ofiarą literówek, autokorekty czy innych chochlików], teraz zazwyczaj wrzuca, a potem, już po opublikowaniu, kiedy czyta swoje posty, poprawia jakieś drobne błędy. Dla mnie ten fakt tylko podkreśla to, jak dobre literacko są Przygody. Dla niektórych mogą to być tylko „śmieszki z Internetu” jednakże, tylko ten, kto próbował opisywać swoje życie/swoje przygody wie, że opis to jeszcze nie historia. Za opisem rzadko płynie coś więcej niż reakcja „aha, okej”. Historie, które spisuje Ola poruszają, bawią, a i nawet skłaniają do przemyśleń.

Spotkanie odbyło się niemalże rok po opublikowaniu przez Duży Format wywiadu z Olą, co skłoniło prowadzącego do oczywistego pytania, – co się zmieniło przez ten czas. I tu nadszedł moment, kiedy porządny młody matematyk zaostrza słuch – liczby. W wywiadzie dziennikarz stwierdził, że czytają ją tysiące – dla Aleksandry tysiące znaczyły więcej, niż ówczesne sześć, było to dla niej określenie nieco na wyrost. Teraz, kiedy fanpage na facebooku liczy sobie czterdzieści tysięcy fanów coś się zmieniło. Mianowicie jakaś odmiana pewności siebie, w rozumieniu pewności siebie u artysty-pisarza, bo tym właśnie Ola jest. Stwierdziła, że na początku łatwo jej było wmówić, że to, co robi nie ma sensu, kiedy jednak widzi, że jej strona przyciąga coraz więcej ludzi to wiara w słuszność tego, co robi jest o wiele trudniejsza do zachwiania. Właśnie, pisanie, pisanie w pewnym momencie zaczyna być niejako misją.

Pamiętam, kiedy przeczytałam post Oli o borderline. Dziesiątego października ubiegłego roku, na miesiąc przed jej pierwszym spotkaniem z fanami. Wtedy byłam już od jakiegoś czasu zdiagnozowana, pisać tutaj o borderline pisałam, ale skrótami, półsłówkami. Kiedy wystukujesz w Google borderline personality disorder na bank zetkniesz się z informacjami o tym, jak to ludzie z tym zaburzeniem [zaburzeniem, nie chorobą] są straszni, manipulują innymi, a z życia czynią piekło. I to boli. Nie dość, że w głowie masz prywatne piekiełko, którego często, nawet mimo leków [to akurat mówię z mojego punktu widzenia, bo ile borderów, tyle historii] nie można wyłączyć. Ale mam dobrego lekarza, potem sama doszłam do wniosków, że z innymi problemami zdrowotnymi normalnie się chodzi do specjalisty i jakoś nikt nie wstydzi się przyznać, że go boli kolano. Wtedy zaczęła się i moja misja, zaczęłam być odważna, ale nigdy na głos, ani tutaj na blogu nie powiedziałam, że byłam pacjentką psychiatryka, choć historia stamtąd powinna zostać spisana dawno temu. Wracając do tematu, tego posta przeczytałam, jako nieco bardziej świadomy człowiek, który zazwyczaj akceptuje to, z czym przyszło mu żyć, ale się popłakałam. Bo nie przypuszczałabym, że ktoś tak wspaniały, błyskotliwy i zabawny może się borykać z podobnymi problemami do moich. Powiedziałam o tym na spotkaniu w piątek, że doszła do mnie genialna myśl, że skoro ktoś taki fajny i elokwentny ma BPD, to znaczy, że nie wszystko jest takie chujowe. Że ja sama nie muszę być koniecznie najchujowszym człowiekiem na Ziemi. I mimo, że to nie jest świeża sprawa, to oczywiście się musiałam wzruszyć na tym wieczorku, nie? A kiedy sama Aleksandra mówi, że jesteś jej powodem [no wiem, że ja to takie pars pro toto], dla którego ona o tym pisze. I to jest ta misja, jej misja, a także i moja misja. Odczarowywanie stygmy, która jednak wisi nad tymi biednymi borderami, ale i nad wieloma innymi zaburzeniami i chorobami psychicznymi.

No i Babcia. Babcia Marianna, z którą, jak się okazało, Ola nie zawsze miała kontakty takie jak teraz, wręcz był czas, że się nie lubiły. Teraz jest jednak zupełnie na odwrót. Babcia ma swojego szpiega, który donosi jej o wszystkim, co się na fanpage’u dzieje, a także mocno przeżywa hejty, bo w końcu – jak ktoś tak brzydko mógł powiedzieć o jej Oleńce? Z czasów, gdy te dwie kobiety mieszkały pod jednym dachem pochodzi anegdotka, że Babcia, pragnąc szczęścia Oli dobitnie ją informowała, że IDZIE na bingo i wróci PÓŹNO, i że Ola może sobie zaprosić jakiegoś kolegę. A tak w ogóle, to jak CZEGOŚ potrzebuje, to babcia wszystko kupi i zostawi w szafeczce. Złoto, nie kobieta, nieprawdaż?
Poza tym, Babcia jest super lewakiem, a także nie interesuje jej, kto, z kim sypia. To dosyć rzadkie [a może się mylę?] podejście i światopogląd, bo przecież wśród seniorów w Waszych domach, być może tak jak w moim, mało jest tolerancji dla wszelakich „inności i odchyleń od standardu”.

Praca. To, czym w ciągu swojego życia trudniła się Aleksandra z pewnością jest materiałem na świetną książkę, zwłaszcza, że opowiedziała tylko o dwóch miejscach, gdzie przyszło jej zarabiać na chleb i karmę dla kota.
Pierwszym z nich był… seks telefon. Musze przyznać, że mimo śledzenia wpisów Oli na bieżąco, nigdy tego nie wyłapałam! Kariera, w przybytku, gdzie dają 15 pln na rękę, za godzinę pracy, Radomiakowa nie wytrzymała zbyt długo, głównie ze względu na swoje poczucie humoru, które jakoś nie pozwalało jej się wczuć w sytuację, gdy jakiś pan opowiadał jej o tym, „co trzyma w ręku”. Trzeba jednak przyznać, że warunki Aleksandra ma, bo kto słyszał jej glos, ten wie, że nawet dzieła Sienkiewicza, przez nią czytane, znalazłyby szerokie grono fanów.
Drugim była informacja turystyczna Piotrkowa Trybunalskiego. Jak wiele miast, także i Piotrków zapragnął mieć swoją maskotkę. Został nią… por, a hasłem - „Pora na Piotrków”.

https://www.epiotrkow.pl/news/Pora-na-dystans-do-pora-czyli-o-najslynniejszym-warzywie-w-Piotrkowie,24565

Tak więc w informacji turystycznej pojawiły się „pamiątki” z Piotrkowa, m.in. pewien uroczy fartuch. Pewnego pięknego dnia ulubiony lokalny reporter zaskoczył Aleksandrę w pracy, prosząc ją, aby zapozowała z owym, „porowym” fartuszkiem. Sprytna Radomiak zasłoniła swą twarz materiałem, a gdy odmówiła „prośbie” dziennikarza usłyszała tyradę, że jako urzędnik musi się zgodzić, a w następnych dniach czekał ją artykuł, ze zdjęciem „za fartuchem” i podpisem, że „tak pracownica reklamuje swoje miasto”; a potem dywanik u prezydenta. Dziś Aleksandra lepiej reklamuje swoje rodzinne strony, jak zauważyli uczestnicy spotkania, szczupła i wysoka, w zielonej sukience, wygląda jak bardzo przystojny por.

Odnośnie Piotrkowa i niejako „reklamowania” tego miasta nazwą swojego fanpage’a Ola opowiedziała o hejcie, i o tym, z czym się stuprocentowo zgadzam, że on tak naprawdę każdego dotyka. I o ile publicznie, na fanpage’u, po wpisie o borderline nie pojawił się żaden hejt, tak np. po artykule na jednym z piotrkowskich portali o spotkaniu z nią, w jej rodzinnym mieście, kiedy niechcący spojrzała na komentarze, było go pełno. Oskarżenia o ośmieszanie, antyreklamę czy po prostu obrzucanie błotem to bardzo łagodne określenia na to, jaki lincz potrafią przygotować komentujący.
I może odbiegnę od tematu Oli, i może zrobi się nieco podniośle, kiedy powiem, że tak naprawdę argument, że „to tylko Internet, i jak spotyka Cię w nim coś złego, źle o Tobie mówią, to po prostu się wyloguj” tak naprawdę nie dotyka podstaw problemu – przede wszystkim, czytanie jak kilka, kilkadziesiąt, kilkaset, a może i więcej ludzi wypisuje okropne rzeczy na Twój temat jednak boli, może gdzieś głęboko, mocniej czy słabiej, ale uderza w człowieka; może spowodować, że zrezygnuje on z pasji czy innej rzeczy, którą się zajmuje tylko, dlatego, że żółć siedząca w niektórych ludziach wyleje się na klawiaturę. Jednakże, właściwą podstawą problemu jesteśmy my sami, którzy atakujemy, obrzucamy inwektywami i kompletnie nie mamy poczucia, że to, co mówimy jest po prostu obrzydliwe. Na takie coś trzeba reagować, bo, po co dodawać życiu ohydy?

Tą dygresją pragnę zakończyć relację ze spotkania z Olą Radomiak w Katowicach, a teraz pozostało tylko czekać na jej książkę!

You Might Also Like

2 komentarze

  1. Omg, nie wiedziałam o książce :o
    Kupię!

    OdpowiedzUsuń
  2. W sumie miałam być w tym czasie w Katowicach i żałuję, że to jednak nie wypaliło. A o książce Oli oczywiście słyszałam. I w ogóle podziwiam ją za to, że ma odwagę się przyznać do tego, że w życiu bywa chujowo, a nawet bardzo chujowo. Na jej fanpejdża trafiłam przypadkiem jakiś rok temu i naprawdę mnie wciągnął. Dlatego też jestem w jej świetnej grupie na Fejsie. Oby tylko nie było takich spin jak ostatnio :)

    OdpowiedzUsuń