xx1856xx. Życie zen

19:59

Zachciało mi się stabilizacji w życiu, jakiegoś mało precyzyjnie zdefiniowanego spokoju... A tak naprawdę, przerażona swoimi omdleniami, napadami lękowymi i tym, jakie spustoszenie sieje we mnie przypadkowe pominięcie choć jednej dawki leków. Jestem kłębkiem nerwów, który niemalże chodzi po ścianach. No i zawalam sprawy związane z moją, jakże błyskotliwą, karierą naukową.

Po powrocie do domu złapałam za nożyczki fryzjerskie i zaczęłam ciachać rudawe końce moich włosów. Akt ten w wielu regionach świata oznacza jakieś przejście, przemianę, ja po prostu mam skłonności jak Britney w 2007. Niemniej jednak, w moim życiu trzeba przemiany

Tak więc zaczynam życie zen, znów medytuję, nawet w saunie. Nakładam na siebie mazidła, w tym olej z pestek granatu [o którym miał być kolejny, aż drugi Skincare Sunday, nie powiem po ilu miesiącach, ale oczywiście nie zdążyłam tego wczoraj napisać.]. W końcu ciało człowieka, który osiąga spokój i oświecenie powinno być zdrowe, a atopia harcuje sobie po moich ramionach ostro. Piję wodę, oczyszczam się z toksyn i nawilżam ciało.

Moim pierwszym zen czynem, zaraz po nasmarowaniu się wybitnie tłustym masłem do ciała, o zapachu czekolady, było umycie ziemniaków i ugotowanie ich. Zapominając o swych zen-nasmarowanych-nogach oparłam się nimi o szafkę. Białą, lakierowaną, zostawiając na niej zen-odcisk moich ud. Pomyślałam "kurwa, matka mnie zabije", więc wzięłam szmatkę i kolistymi, niczym symbol ruchu Zen, ruchami postarałam się zebrać nawilżające balsamy.

Ponad godzinę później, kiedy piszę tego posta, tłusty film nadal znajduje się na mojej skórze i czuję lekkiego pierdolca, bo nie lubię się kleić. Cichutkie przekleństwa lecą, zakładam spodnie z dresu i staram się spoważnieć.

Najwyższy czas, żebym się porządnie zabrała do pracy nad sobą, swoim umysłem. Zbyt długo próbowałam sztucznie zmieniać swoją świadomość, zbyt długo uciekałam w to, czego nie ma.

Nawet napisanie tej notki zajmuje mi kolejny dzień, bo w międzyczasie zaczęłam mieć krwotoki z nosa, gorączkę i kilogramy innych, chujowych rzeczy, z którymi dopiero dzisiaj udało mi się dostać do lekarza. Jestem jak facet z katarem - najchętniej już bym wybierała urnę.

Z jednej strony chcę się nad sobą rozczulić, zamknąć w łóżku i powzdychać nad książką, a z drugiej chcę sprawdzić ile wytrzymam. Czy przezwyciężę migreny, słabość, napady ciepło-zimna i gardło, które odmawia wydawania dźwięków. Jak mocno mogę się docisnąć? Kiedy padnę i będę płakać z nienawiści do samej siebie, za to, co sobie robię?
Słabość czyni mnie człowiekiem, a ja tak bardzo nie lubię gatunku ludzkiego.
Życie zen. Medytacja. Oświecenie.

I, kurwa, Majzner, błagam, ogarnij się.

You Might Also Like

0 komentarze