xx1858xx. Trójmiejskie przygody panny N.

04:55

Na wstępie zaznaczam, że wykorzystywane przeze mnie fotografie [te ładne takie] są dziełem Marty Pawłowskiej, gdańszczanki, fotografki, przyjaciółki mojej, z którą od roku maile wymieniam, lajkuję posty na [instagramie] i czytam jej [bloga].
Byłabym głupia, gdybym nie poprosiła i nie skorzystała z okazji, by choć raz mieć jakieś profesjonalne zdjęcia, zrobione przez osobę, która wie, co robi; efekty są, jak widać, cudowne.
***
i było tak pięknie, że bym nie odmówiła
mam świetny pomysł na animację z tego zdjęcia, ale to jeszcze musi chcieć mi się zrobić.
***

Wstałam dla niej, a właściwie nie zasnęłam; z podekscytowania. Po czwartej zaczęłam się czesać, malować i ubierać, by o 5:18 wyruszyć do Katowic, a potem, przed siódmą, do Gdańska. Sześćset dziewięćdziesiąt pięć kilometrów w jedną stronę, pociągami, żeby po raz pierwszy zobaczyć na oczy dziewczynę, z którą znam się już rok.



Nie powiem, gdy byłam już blisko celu mej podróży pojawiło się zdenerwowanie, praktycznie motyle w brzuchu; milion pytań "czy mnie polubi?!", "czy na pewno się dogadamy?! w mailach jestem bardziej błyskotliwa i elokwentna." i wątpliwości. Raz kozie śmierć.

Z wiadomą sobie gracją prawie nie otworzyłam drzwi [zrzućmy to na przesyt emocjonalny], ale w końcu wydostałam się z wagonu. I widzę, poznaję, słoneczny dzień, a ona w samych ciemnych ubraniach. Zakrywam dłonią usta i chyba trochę niedokładnie duszę swój pisk. To o n a. Taka prawdziwa, a nie ukryta za zasłoną słów, taka jak ze zdjęć, ale tym razem na żywo, a nie w pozie z instagrama. W towarzystwie nieco spazmatycznych "o mój Boziów" przytulam Martę i poznaję jej ojca. Nie do końca wierzę, że to się dzieje, ale ja tak zawsze mam.

Samo powietrze jest inne, lżejsze, świeci słońce, a ja wpatruje się w każdy krzak za oknem samochodu. Z domu wyruszyłam ponad dziesięć godzin wcześniej, jestem na drugim krańcu kraju, z na pozór obcą mi osobą, w której domu wita mnie jej matka, a zaraz potem podaje obiad taki, że chapeau bas i trzy gwiazdki Michelin.

Bałam się, od dłuższego czasu mam problem z "byciem" przy nowo poznanych osobach, zwłaszcza kiedy to dorośli, poważni ludzie + przyjaciółka z internetu + jej siostra. Czuję się trochę jak kosmita, mam epizod depresyjny, ale przecież będąc w gościach nie wypada mi go mieć, więc spycham to na dalszy plan. Pies pod moją ręką mi pomaga, alienuję złe myśli, głaszczę Leona, chodź przez tę małą kulkę moja alergia harcuje i martwię się, że swoim  kichaniem obudzę Martę.

Jest niższa o pół głowy, drobna, ale to ja czuję się przy niej mała i niedojrzała. Mówi szybko, wolno konsumuje, chodzi w martensach i boi się dzików. Po zmieszaniu piwa z białym, słodkim winem boli ją żołądek. Jadąc autobusem czasem milczymy i to nie boli. Jest dobrze, rozumiemy się, moje obawy szybko się rozwiały.

Po raz pierwszy od dawna się wyspałam, musiałam siedemset kilometrów jechać, żeby się wyspać, to ci paradne! Może udało mi się to, gdyż Marta była niestrudzonym przewodnikiem, jeszcze pierwszego dnia, po tej morderczej podróży, zabrała mnie na spacer po Gdańsku Oliwie. Odwiedziłyśmy Park Oliwski, który nieco przypominał mi, momentami, warszawskie Łazienki. Minęła nas fotografka wraz z parą młodą - panna zapomniała chyba bukietu w "krzaczorach".


majestatyczny gołąb
Później panna Pawłowska wystawiła moje płuca na próbę; zabrała mnie na punkt widokowy - Pachołek. Gdzie najpierw było milion schodów, takich no, nie jak na klatce schodowej, tylko takich w terenie. Ja się naprawdę nie znam i wysłowić nie umiem, a potem nastąpiło zwolnienie blokady i okazało się, ze trzeba wejść na chybotliwą, metalową wieżę. To znaczy, mnie się ona chybotliwa wydała, ale ja mam lęk wysokości i nie należy mi ufać w tej kwestii. Moje łydki i tyłek natomiast zawołały "jeszcze kilka takich wycieczek i zrobimy się na Kim Kardashian".

było warto się wdrapać
Morze, czyli widok, który zawsze mnie będzie zachwycał i rozczulał. Nawet teraz, gdy patrzę tylko na to zdjęcie jakaś łza płynie po mojej duszy. Jestem Ślązaczką z krwi, kości i chorób układu oddechowego, ale woda to mój żywioł. Wspomnienie szczypiących łydek, urywanego oddechu i uderzeń gorąca po wyjściu na Pachołek mam jak żywe, ale ten widok załagodził wszystko. 
Najchętniej wzięłabym wtedy farelkę i chciała ogrzać morze, żeby się w nim wykąpać.

Wycieczka na klify w Gdyni, a potem spacer - częściowo plażą, częściowo lasem (także przez Park Północny), po drodze wizyta w opuszczonym sanatorium i piękna pogoda, czego chcieć więcej? [no może mniej mojego "morzemorzemorzeomójborzemorze"].
Jako łowca interesujących napisów co chwila prosiłam Martę o zdjęcia jakiegoś graffiti czy innego dzieła, spisanego markerem czy sprayem na ścianach. Jedno z nich jest "tytułowym" zdjęciem tego posta, część pokażę jeszcze poniżej.



        



Pan Klif, który przypomniał mi, że owszem, MAM lęk wysokości, zwłaszcza w niezabezpieczonych przed spadnięciem miejscach

MORZE
W Sopocie kupiłyśmy kartki pocztowe, zjadłam pierwszy raz sushi w formie niepociętej rolki i... złapałam parę pokemonów, bo czemu nie?
polecam miejsce!
Trzeciego i ostatniego dnia czekała mnie gdańska starówka. Muszę przyznać, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie, zdobienia kamienic, kolory, złoto, kilogramy bursztynu i widoczki przypominające mi Wenecję. I bańki mydlane. Średnia wieku 3-4 lata, a do tego ja - dwudziestoletnia baba - próbująca "pykać" banieczki razem z dziećmi.
Złota Brama jest przepiękna i od razu było "zrób mi tego zdjęcie"
to zdjęcie krzyczy do mnie "WENECJA!"
W Wielkiej Zbrojowni [w środku czego byłyśmy tak naprawdę oświeciła nas mama Marty] urządzona była wystawa dotycząca typografii - "litera/kompozycja/plakat". Znalazły się na niej archiwalne plakaty szwedzkie i polskie, a także nowe dzieła studentów ASP. Również się zachwycałam, jeden z moich ulubionych można było zobaczyć już u góry posta, teraz jeszcze parę innych faworytów.

             

Po powrocie czekał nas obiad, a potem i ostatnia wieczerza. Godzina odjazdu mojego pociągu niechybnie się zbliżała... 
Doświadczenie, jakim było spontaniczne [bo ustalone z dnia na dzień] pojechanie do Marty, poznanie jej "w rzeczywistości", a także jej rodziny, gościnność, której doświadczyłam; zobaczenie niektórych miejsc po raz pierwszy w życiu było całościowo niesamowite. W kilkadziesiąt godzin, które ze sobą spędziłyśmy wydarzyło się tyle rzeczy, że aż brakuje mi słów.
Znajdujcie sobie takich przyjaciół, dzieciątka. 
Druga część tego posta pojawi się przez wakacje, kiedy nastąpi rewizyta. 
Ależ się zadzieje! 

You Might Also Like

0 komentarze