xx1861xx. Ditto.

17:23

Znacie takiego pokemona Ditto?
Znalezione obrazy dla zapytania Ditto
oto Ditto.

To taki śmieszny różowo-fioletowy-z odcieniem magenty stworek, którego główną umiejętnością jest przybranie formy oraz naśladowanie ataków innego pokemona. Jeśli gracie w Pokemon Go, to wiecie, że najczęściej występuje on jako Rattata albo Pidgey. Skąd jednak ta wzmianka? Czyżbym zmieniała swoje pole zainteresowań i zaczęła prowadzić bloga o grach/anime/terefere? Nie kochani, ta dygresja ma nieco głębsze dno.
Brajan i Dżesika. To imiona, które są synonimem wielu negatywnych rzeczy, lecz czy wiedzieliście, że Brajan i Dżesika to takie Ditta, które np przyjmują formę Agatki i Piotrusia?

Ale od początku. Powszechnie wiadomo, że nie przepadam za dziećmi [prócz Zuzanny B. Zuzia jest moim ulubionym, ukochanym dzieckiem i nawet ostatnio mi się śniło, że się nią opiekowałam i nosiłam na rękach.]. Irytuje mnie ich oślinienie, piskliwe głosiki, które często wyją jak syrena alarmowa, a małych się boję. Przykładowo, że jakbym miała potrzymać, to bym krzywdę zrobiła, nie tak chwyciła. Brrr. Unikam. Oczywiście jest cała masa fajnych dzieciaków, z którymi zdarza mi się koegzystować w przestrzeni publicznej; często uśmiecham się pod nosem słysząc błyskotliwe dialogi, albo widząc przejawy myślenia. 

Wróciłam z wakacji, byłam z doktorem umówiona na kontrolę, ale kazał się nie zapisywać, tylko, jak od dłuższego czasu, wślizgnąć się przed oficjalnymi godzinami do gabinetu, obejrzeć co trzeba i adieu. No to przychodzę dzisiaj, z obstawą. Ojciec ma jeszcze urlop, więc pojechał ze mną. Razem z nami do poczekalni wchodzi zestaw mama + babcia + dziewczynka około lat sześć + chłopiec około lat trzy. Dzieci od początku były głośne, dziewczynka nieco przestraszona "ze łzami na końcu nosa", jak to się u mnie mówi. Babcia jej tłumaczy, że ma się nie bać, bo tylko jej pan doktor poświeci latarką do nosa itd. Chłopiec za to... Dosłownie dostał pierdolca. Krzyczał, piszczał, walił w książeczkę, którą znudzona mama przewijała mu przed oczyma. Właśnie - mama i babcia kompletnie w dupie miały, że dzieci, w dosyć małej poczekalni, zupełnie, odpierdalają, walą w ściany, chłopczyk liże szybę - no dobra, było "Piotrusiu, nie liż szyby, bo Ci bakterie wejdą". Oprócz tego mamunia puściła dzieciaczkom filmik, oczywiście na pełnej głośności. bo co z tego, że ktoś inny też tutaj jest. Pominę już wpierdolenie się przede mnie. Chłopiec wyszedł z gabinetu z babcią, w środku została jego siostra. Przyjechał też ojciec malca. No i się zaczęło szaleństwo. Dziecko kompletnie odjechało, zaczęło się zachowywać jak dzikus, a dorośli nic sobie z tego nie robili, jego babcia zachęcała go do patrzenia przez okno [gdzie ja siedziałam], więc mały praktycznie władował się na mnie z buciorami i szturchał, więc już kurwa nie zdzierżyłam. Chuj, że utopiłam 45 minut w czekaniu, nie zniosłam już małego gówniarza. Byłam na skraju płaczu i mordu. 

Wiadomo jakiej konstrukcji psychicznej jestem i podziwiam się, że nie wzięłam tego dziecka i nie wsadziłam tej kobiecie do rąk z tekstem, żeby pilnowała, bo to jest poniżej krytyki. Mogłabym też zacząć się wydzierać, bo jestem straszną furiatką i idąc do auta tata widział jak się trzęsłam. Co to za kurwa wychowanie bezstresowe? Pozwalanie dzieciom na zabawy godne małp [wybaczcie czcigodne zwierzęta], darcie ryja i jednoczesne podjudzanie takiego zachowania. No Kyrie.

Inna sytuacja - lecimy samolotem. Rząd szósty, lewa strona, miejsce przy oknie, Kindle w ręku. Rząd piąty, również miejsce pod oknem. Igorek. Skąd wiem? Bo mama Igorka Igorkowi różne rzeczy mówi, a w rzędzie czwartym, miejsce pod oknem siedzi Patryk. Skąd wiem? Bo średnio co półtorej minuty rozlega się igorkowe "PAAAAAATRYYYYK". Dobra, dzieciaki się zaprzyjaźniły w samolocie, ale czy rzeczony Igorek musi się tak drzeć? Jego rodzice nic sobie z tego nie robią, rodzice Patryka jeszcze syna trochę uciszają. Dałoby się przeżyć te Polaków małych rozmowy popołudniową porą, gdyby nie fakt, że Igorek zaczyna machać swoimi małymi łapkami, również za swoim siedzeniem i w ten sposób wypierdoliłby na mnie moją herbatę mrożoną. Mój, jakże zręczny, ojciec trzepnął go w tę łapkę [oburzonych uprzedzam, że to faktycznie było tylko klepnięcie] i był spokój.

Jako bonus historyjka z powrotu samolotem. Za nami siedziała miła pani i jej dwie córeczki, przedział wiekowy 4-6. Pani Mama przed odlotem przypomniała swoim dzieciakom, że mają nie krzyczeć, ani nie kopać nogami w siedzenie z przodu. Gdy dziewczynkom zwiększyły się decybele, od razu je uspokajała, przy czym nie darła się po nich, tylko spokojnie tłumaczyła, a małe były całkiem ogarniętymi bestyjkami. No i można? Można.

Musiałam z siebie wyrzucić te problemy pierwszego świata, ale ja naprawdę mam słabe nerwy na takie sytuacje. Czy naprawdę rodzic myśli, że jego dziecko powinno móc drzeć się wniebogłosy, gdzie tylko zechce? Czy to jest już po prostu olewanie takiego zachowania? A co ma oznaczyć zachęcanie do darcia japy? Zbyt wiele pytań kłębi mi się w głowie.


Jako drugi bonus Naczelna Diva i Podniebne Prosecco.

You Might Also Like

0 komentarze